Piękno, większe piękno, statystyka

Bardzo lubię się uczyć. Zawsze lubiłam. Cisza, kawa, szelest papieru i zaspokajanie mojej ciekawości świata mają na mnie kojący wpływ. Jednocześnie dość nerwowo reaguję na komentarze, w których ktoś odrzuca naukę i próbuje przykryć ją opinią opartą o własne projekcje i wyobrażenia. Może dlatego statystyka jest dziedziną szczególnie bliską mojemu serduszku, nawet jeśli do przyjęcia do wiadomości, że jest to nauka będąca pięknym domkiem dla wszystkich badań, musiałam odrzucić wmawiane mi latami hasło „jest kłamstwo, większe kłamstwo i statystyka”. Bo – wbrew obiegowej opinii – to nie statystyki kłamią. To ludzie kłamią na temat statystyk. A o tym, jak to robią, dlaczego i co z tego może wyniknąć, napisała w swojej debiutanckiej książce statystyczka i blogerka Janina Bąk. I całe szczęście, że premiera tej książki przypadła na czas przed pandemią i pomysłem przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych, bo przy odrobinie chęci i dobrej woli znacznie łatwiej będzie nam zrozumieć liczny, które migają teraz na ekranach naszych telefonów od rana do nocy.

W bardzo przystępny sposób autorka wyjaśnia nam podstawy statystki, przytacza ogromnie ciekawe badania i z wielkim poczuciem humoru opisuje historie, które wpłynęły tak na rozwój nauki, jak i na powstanie największych kłamstw w historii świata. Udowadnia, dlaczego uznanie, że człowiek i pies mają statystycznie trzy nogi to jak zjedzenie ptasiego mleczka bez ogryzienia najpierw czekolady (czytaj: powinno być karalne) albo jaki jest związek między językiem angielskim a zawałami serca. Stawia też fundamentalne pytanie: na imieniny lepiej kupić czekoladki czy kokainę?

Jestem bardzo wdzięczna za tę książkę. Nie tylko dlatego, że zawiera w sobie niezwykle istotny dla mnie schemat dowodzący, że mój biszkoptowy labrador jest połączeniem ciastek i psa, ale przede wszystkim dlatego, że oducza złych nawyków. Bo dzięki niej wiemy, że nie wszystkie wykresy powinniśmy brać na poważnie. Nie każde badania są reprezentatywne. Twoje pytanie na Twitterze zadane w banieczce ludzi o zbliżonych oglądach nie doprowadzi Cię do rzetelnej odpowiedzi (chyba że interesuje Cię tylko opinia osób Cię obserwujących). Janina pisze też o tym, od czego zaczynają się wszystkie badania, jakie są najpowszechniejsze błędy i jak wielka odpowiedzialność spoczywa na naukowcach i naukowczyniach (by już nigdy nie doprowadzić do takich sytuacji, w których ktokolwiek zaczyna wierzyć na przykład w to, że szczepionki powodują autyzm). Przypomina też zasadę, którą osobiście postanowiłam podtykać pod nos każdemu nadętemu mądrali atakującego tych, którzy z różnych powodów pewnej wiedzy nie mają – że historia nie zna takich przypadków, że ktoś się czegoś nauczył, bo go upokorzyliśmy.

IMG_20200425_165725

Lekki język i potężna dawka wiedzy, dużo poczucia humoru i doskonała, ale to doskonała akcja marketingowa, która ubawiła mnie do łez – życzyłabym sobie więcej takich wydarzeń na rynku książek popularnonaukowych. Jedyne, czego żałuję, to tego, że ta książka za szybko się kończy. Całe szczęście, że autorka zapowiedziała kolejną już za niecałe dwadzieścia lat! (Proszę nie oceniać, każdy ma swój model pisania. Mój na przykład polega na wiecznym narzekaniu na to, co napisałam.)

Słowem zakończenia – we wstępie napisałam, że denerwuje mnie odrzucanie nauki i składanie jej na ołtarzu własnych wyobrażeń. Nie zrozumcie mnie źle – nie chcę odbierać nikomu prawa do własnej opinii. Mamy jednak poważny problem, gdy uczucia biorą fakty za zakładnika i próbują zmusić nas do przyjęcia sprzecznego ze współczesną wiedzą interpretowania otaczającego nas świata. A przecież nauka jest taka piękna. A dostęp do niej łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Warto z tego korzystać.

 

Trzymajcie się zdrowo

Ada

 

 

Paragon:

Janina Bąk, Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla – 39,99 zł

Kultura w czasach zarazy

Nie jest żadną tajemnicą, że kultura w Polsce jest sierotą po transformacji i jeśli trzeba cokolwiek skądkolwiek zabrać, to w pierwszej kolejności cięcia obejmą instytucje i projekty artystyczne. N’est-ce pas? Zdarzają się jednak takie sytuacje, w których, mimo ciężkiego serca i świadomości, że będzie jeszcze ciężej, nie dyskutuję z rzeczywistością i sama głośno mówię „uważam, że trzeba zamknąć teatry, opery i muzea”. Dla bezpieczeństwa. Z odpowiedzialności za osoby tam pracujące i korzystające z oferty kulturalnej. I w związku z pandemią wywołaną przez SARS-CoV-2 takie słowa padły (oczywiście z ust osób znacznie bardziej decyzyjnych) w mojej pracy w ubiegłym tygodniu. Obecnie, gdy wszystkie miejsca udostępniające nam więcej lub mniej doznań kulturalnych są już zamknięte i nie wiemy, kiedy na nowo otworzą przed nami swoje drzwi, pozostaje nam korzystać z dóbr rozmaitych prosto ze swojego fotela. Myślicie, że nie ma w czym wybierać i szybko się znudzimy? Pozwólcie, że zmienię Wasze zdanie – umyjcie ręce, usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na długi spacer.

SPEKTAKLE, OPERA, BALET

Wyobraźcie sobie Netflixa, ale ze spektaklami i za darmo. Brzmi wspaniale, prawda? Dobra wiadomość jest taka, że w Polsce mamy taki serwis. Nazywa się Ninateka i znajduje się tam ponad siedem tysięcy (!) odnośników do spektakli, oper, baletów, słuchowisk i innych pyszności. Lepsza wiadomość jest taka, że nie trzeba mieć tam nawet założonego konta, by korzystać ze wszystkich plików. Do tego oglądania nie przerwie nam żadna reklama. Nie żartuję. Spektakle Teatru Telewizji znajdziemy natomiast na – nie wierzę, że sama to reklamuję – VOD Telewizji Polskiej. Czując, że nie wypada mi się wyzłośliwiać, napiszę tylko, że TVP łaski nam żadnej nie robi dodając te spektakle na platformę, ale i tak miło znaleźć je wszystkie w jednym miejscu. Prywatną inicjatywę pokazywania na żywo spektakli z określonych teatrów podjął natomiast w 2018 roku Borys Szyc. Bilet dostępu kosztuje mniej niż standardowa wejściówka, a w czasach pandemii perspektywa skorzystania z archiwum TheMuBy wydaje się być naprawdę kusząca.

Klik – idę do teatru!

Klik – idę do opery!

Klik – idę na balet!

Klik – idę obejrzeć Teatr Telewizji!

Klik – idę ugościć się w TheMuBie!

A może macie ochotę na spektakle wystawiane przez zagraniczne teatry? Ależ proszę. MET Opera? Filharmonia Berlińska? Żaden problem.

Jadę do Nowego Jorku

Jadę do Berlina

 

active adult artist ballerina
Photo by Pixabay on Pexels.com

 

WYSTAWY

Od Muzeum Van Gogha w Amsterdamie przez Zachętę, nowojorską MoMA, , meksykańskie Museo Dolores Olmedo (podaję hasło: Frida), The National Gallery oraz Tate w Londynie, Muzeum Muncha w Oslo oraz dziesiątki instytucji w Paryżu, Nowym Jorku, Rzymie, Florencji, Tokio czy Mediolanie – wszystko to znajdziecie w mojej ukochanej aplikacji Google Arts & Culture. Jest bezpłatna i pozwala nam choć przez moment poczuć się tak, jakbyśmy mieli i miały dzieła Degasa czy Vermeera na wyciągnięcie ręki. W aplikacji znajdziemy też wiele bardzo dobrych artykułów. Doskonałe lekarstwo na skołatane nerwy.

Polskie wystawy mi wystarczą

Chcę zobaczyć wystawy na całym świecie

LITERATURA

Wielki powrót Ninateki do tego małego zestawienia. Klasyki większe i mniejsze, literatura piękna, reportaże, baśnie i opowiadania dla najmłodszych – i teraz najlepsze, zapnijcie pasy – czytane przez Wiktora Zborowskiego, Mariana Opanię, Jerzego Stuhra, Annę Dymną, Bożenę Dykiel i inne artystki i artystów scen polskich. Jeśli to Was nie przekonuje do skorzystania z tej strony, to zastanówcie się nad sobą. Powtórzę: ANNA. DYMNA. CZYTA. DLA. NAS. KSIĄŻKĘ. Prosze się nie wygłupiać i przejść w poniższe linki.

Spróbuję ze słuchowiskami

Poszukam prozy

 

red framed eyeglasses on newspapers
Photo by Suzy Hazelwood on Pexels.com

 

INNE

Ostatnia propozycja jest bardziej ciekawostką, niż rzeczywistą ofertą artystyczną, ale nie mogę jej pominąć: strona Radio Garden zaprasza nas do przesłuchania za pomocą naszych telefonów stacji radiowych zlokalizowanych w różnych zakątkach świata Pisze to słuchając kalifornijskiej stacji jazzowej i muszę przyznać, że ciężko będzie mi ją wyłączyć. Zwłaszcza po tym, jak usłyszałam, jak przesmutne utwory puszczają właśnie stacje lombardzkie.

Chcę posłuchać radia z Honolulu

Zdaję sobie sprawę z tego, że śledzenie kultury ze swojego łóżka nie jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem dla osób, które – tak jak ja – lubią poczuć, przeżyć i doświadczać sztuki osobiście. Nie jesteśmy jednak obecnie w sytuacji optymalnej, dlatego pozostaje nam cieszyć się, jeśli pandemia nie dotknęła nas ani bliskich nam osób, a tę niecodzienną codzienność zagospodarowywać tak, jakby jutro miało jednak nadejść. Bo przecież kiedyś wyjdziemy z domów, teatry i kina znowu zaproszą nas w swoje progi, a muzea i galerie podadzą daty wernisaży. Tymczasem dajmy pracować lekarkom i lekarzom, pielęgniarkom, analityczkom, ratownikom, farmaceutom. Urzędnikom i urzędniczkom. Jeśli tylko możemy, zostańmy w domu i dbajmy o siebie. I wykorzystajmy dobrze ten czas.

Zdrowia i spokoju

Ada

3xKultura | styczeń 2020

Pierwsze trzy tygodnie 2020 roku już za nami, czas więc najwyższy na rekomendacje kulturalnych pyszności, jakie spłynęły na mnie w tym czasie. Z różnych powodów nie należę ostatnio do najbardziej towarzyskich osób, dlatego większość mojego czasu spędzam nad książką, w muzeach, w których wymagane jest zachowanie ciszy, albo we własnym łóżku, z filmami i serialami przed oczami. Choć nie jest to mój stan najbardziej pożądany, mam przynajmniej z czego wybierać, gdy myślę o tym, co chciałabym Wam polecić w tym miesiącu. A naprawdę wiele dobroci przed Wami!

SERIAL

Le Bazar de la Charité, Netflix

Najlepsze sposoby na przykucie mojej uwagi to pokazanie mi psa, skrytykowanie patriarchatu albo poinformowanie mnie o tym, że niedawno powstał francuski serial kostiumowy. Mówcie, co chcecie, ale Netflix potrafi we wszystkie te trzy rzeczy jak mało kto. Dwie ostatnie (bo o pieskach zapomniano, przyznaję z bólem) połączono w trakcie realizacji serialu o trzech Francuzkach, których losy trwale splatają się w czasie słynnego kiermaszu w paryskim Le Bazar de la Charité – wybuch pożaru zmienia ich życia, jednym zadając ból , innym otwierając drogę do wolności. Serial, choć z małymi potknięciami fabularnymi, doskonale trzyma tempo, wplata w główne wątki motywy feministyczne, emancypacyjne, lewicowe, anarchistyczne, głęboko krytykuje też patriarchalną hierarchię. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie nie tylko świetne aktorstwo profesjonalnej części obsady, ale również dziecięcej części zespołu (a to naprawdę rzadko robi na mnie wrażenie!). Oczywiście, twórcy nie oparli się pokusie wprowadzenia bohatera jednoznacznie złego, w którym nie odnajdujemy ani krzty człowieczeństwa, jednak ten brak zniuansowania postaci w pewien sposób udało się przykryć wplątywaniem jej w kolejne zbrodnie i machlojki. Zgrzytanie zębów budziły też we mnie dwa bardzo łopatologicznie wprowadzone elementy, za sprawą których skomplikowane losy postaci rozwiązują się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Te drobne naiwności nie wpływają jednak silnie na odbiór serialu jako całości, sama obejrzałam go w dwie bezsenne noce i jestem pewna, że kiedyś na pewno do niego wrócę. Choćby dla mojego ulubionego wątku macierzyńskiej intrygi mojej imienniczki.

Więcej o samej historii, która stała się inspiracją do książki, na podstawie której powstał serial, z punktu widzenia… przepisów przeciwpożarowych, przeczytacie tutaj. To na pewno pierwszy i być może ostatni raz, kiedy przepisy ppoż pojawiają się na moim blogu, więc tym bardziej polecam!

photo of cup near flat screen television
Photo by John-Mark Smith on Pexels.com

WYSTAWA

Sztuka w 20-leciu międzywojennym. W stronę tradycji, Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Zielona Brama

Tegoroczny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku był naprawdę inny, niż wszystkie poprzednie. Z jednej strony ogromne tłumy na Starym Mieście jak co roku zatrzymywane były przez wolontariuszy i wolontariuszki kwestujące na rzecz wyposażenia szpitalnych oddziałów dziecięcych, wokół ogólna wesołość, do tego pogoda sprzyjająca niedzielnym spacerom. Z drugiej strony wyczuwalne było pewne napięcie, przez rozmowy ciągle przewijało się jedno nazwisko oraz obawa przed tym, jak w tym roku potoczy się koncert wieńczący całodniową zbiórkę. Mimo bardzo pokaźnego doświadczenia paniczno – złowróźbnego, postanowiłam jednak schować moje obawy do torby i zgodnie z planem spędzić popołudnie ze wspaniałymi dziewczynami. Z jedną z nich wybrałam się w związku z tym na czasową wystawę do oddziału Muzeum Narodowego w Zielonej Bramie na wystawę poświęconą polskiemu malarstwu i rzemiosłu epoki XX-lecia międzywojennego. Płótna Łempickiej, Stryjeńskiej, Boznańskiej czy Witkacego przeplecione zostały bardzo dobrze wybranymi cytatami oddającymi nurty i zależności obecne w polskiej sztuce tamtego okresu, choć uczciwie przyznać trzeba, że wystawa z założenia stawia akcent jedynie na kontynuację tradycji młodopolskich czy folklorystycznych, a stroni od dzieł awangardowych, ograniczając się raczej do formistów, którzy swoją inspirację czerpali z ludowości (ekhe, Tytus Czyżewski, ekhe). Nie brakuje również nawiązań do wpływów paryskich.

Przyznaję, że miałam bardzo mieszane uczucia wybierając się na tę wystawę, raczej spodziewałam się, że wyjdziemy stamtąd z klasycznym komentarzem „nie tak źle, jak na Gdańsk” (niestety, jest to moja najczęstsza reakcja), jednak tym razem naprawdę zaimponowały mi obie wystawy, które miałam wielką przyjemność zobaczyć. Jeśli zdarzy się Wam mieć wolne dwie-trzy godziny i będziecie akurat w Gdańsku głównym, koniecznie wybierzcie się do Zielonej Bramy. Przynajmniej do połowy marca naprawdę warto.

Informacje o wystawie znajdziecie tutaj.

assorted print painting lot
Photo by Andrew Neel on Pexels.com

FESTIWAL

My French Film Festival

Niektórzy czekają na Openera, a ja co roku czekam na My French Film Festival – międzynarodowy festiwal kina francuskiego (gościnnie również belgijskiego) dostępny za pośrednictwem platformy streamingowej. Jako zapalona frankofonka śledzę zapowiedzi filmów, które wezmą udział w konkursie, a już na tydzień przed jego rozpoczęciem staram się przypomnieć sobie hasło do mojego profilu oraz zaczynam nagabywać znajomych na wspólne seanse. W tym roku mam już za sobą kilka projekcji (głównie krótkie metraże) i nieśmiało zaczynam sądzić, że być może jest to najlepsza edycja od lat (choć ubiegłoroczna była cudowna, co najmniej dwie produkcje zapisały się w mojej głowie niemal scena po scenie!). Moją szczególną uwagę przykuły filmy z serii All About Women (co za zaskoczenie!), a Instynkt Matki, Siostrę czy Za Zachód mogę polecić wszem wobec, przybijam pieczątkę i czekam na Wasze opinie na temat tych tytułów. Macie czas do 16. lutego!

W Polsce dostęp do niemal wszystkich produkcji jest bezpłatny, wystarczy założyć profil na stronie Festiwalu. Niestety, kilka produkcji jest u nas niedostępnych, ubolewam szczególnie nad Jaskółkami z Kabulu (dystrybutorze, dlaczego nas tak ranisz?). Pełną listę konkursową oraz informacje o logowaniu znajdziecie na stronie Festiwalu.

Do trzech poleceń dzisiaj sztuka, osobom zaniepokojonym przypominam, że cykl 3xKultura nie obejmuje poleceń książkowych – tych spodziewajcie się na przełomie stycznia i lutego (w tym miesiącu mam naprawdę dużo szczęścia do dobrych lektur, więc jest na co czekać!). Nieustająco jestem pod wrażeniem wiadomości, jakie dostaję po publikacji poszczególnych wpisów – dziękuję za wszystkie miłe słowa, szczególnie te po ostatnim spotkaniu SexEd Gdańsk, na którym przypomniałam mój tekst o depresji – blog zwykle najmocniej obrywa, gdy mam spadek czasowy albo emocjonalny, ale takie wiadomości bardzo motywują mnie do dalszego pisania, nie tylko bloga,dlatego bardzo Wam za nie wszystkie dziękuję!

Ściskam styczniowo

Ada

Żegnaj, 2019 roku!

2019 to naprawdę nie był dobry rok. W szczerym rozrachunku zysków i strat musiałabym umieścić go na zaszczytnej drugiej lokacie w kategorii „cieszę się, że to już koniec”. Jeśli jednak chodzi o kwestię lektur, po które sięgałam w ciągu minionych dwunastu miesięcy, muszę przyznać, że było zaskakująco zadowalająco, momentami nawet zachwycająco. Trzymałam się dość ściśle mojego planu ze stycznia 2019 roku i rzeczywiście nie wpadłam w pułapkę gonitwy za nowościami, poświęciłam za to wiele uwagi książkom, które od dłuższego czasu zalegały na mojej liście. Kilka książek przeczytałam z zawodowego obowiązku, kilka z powodów towarzyskich, kilkanaście odłożyłam niedokończone na półkę zgodnie z moją zasadą, że szkoda życia na słabe książki. A dzisiaj, skoro oficjalnie ten okropny rok możemy uznać za zakończony, wraz z nowym otwarciem polecam Wam najpyszniejsze kąski z księgarnianych i bibliotecznych półek. Smacznego!

Olga Tokarczuk, Lalka i perła, Wydawnictwo Literackie

Poglądy i język Olgi Tokarczuk zawsze były mi bliskie i dobrze trafiały w moją wrażliwość, choć sama należę raczej do zwolenniczek krótszych form naszej noblistki (nie muszę chyba pisać, co uważam za kulturalne wydarzenie mijającego roku, prawda?). W dniu, w którym najpopularniejsza obecnie polska pisarka odbierała swoje odznaczenie, sięgnęłam po jej esej dotyczący „Lalki” Bolesława Prusa. Jako że zwykle irytują mnie dywagacje na temat rzekomo okropnego charakteru Izabeli i bohaterstwie Wokulskiego, nie czułam wcześniej potrzeby przyjrzenia się „Lalce i perle” – teraz już wiem, że był to ogromny błąd! Taka analiza postaci, takie uważne i świeże spojrzenie na wątki opisywane przez Prusa nie zdarzają się często. Nie spodziewałam się, że tak wiele można wziąć dla siebie z tak krótkiej rozprawy. Przekonajcie się sami.

Dorota Brauntsch, Domy bezdomne, Wyd. Dowody na Istnienie

Jedna z najpiękniej napisanych książek, jakie miałam okazję czytać w mijającym roku, po recenzję zapraszam do tego wpisu

IMG_20190821_144642

 

Linda Polman, Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej, Wyd. Czarne

Pamiętam doskonale, że zdawałam mojej przyjaciółce relację z tej lektury, gdy szłam na targi książki i po przeczytaniu tego reportażu żadna z książek sprzedawanych na stoiskach nie spotkała się z moim uznaniem. Ciężko przebić taki materiał. Absolutnie konieczna lektura dla wszystkich osób, które zastanawiają się, jak może wyglądać praca na misjach humanitarnych i czy za wszystkimi pięknymi plakatami z celebrytami-filantropami naprawdę stoi coś więcej, niż tylko ocieplenie wizerunku. Pełna recenzja. 

Édouard Louis, Koniec z Eddym, Wyd. Pauza

Książka, która mnie wbiła w fotel. Jestem umiarkowaną fanką debiutu młodego Francuza, ale „Koniec z Eddym” jest rewelacyjny, być może jest najlepszą książką, jaką przeczytałam w całym 2019 roku. Historia młodego chłopaka pochodzącego z ubogiej, robotniczej rodziny mieszkającej na północy Francji, który zawsze czuł się niedopasowany, jakby przeklejony do swojej rzeczywistości z zupełnie innego obrazka, a któremu lokalna społeczność dawała tę inność boleśnie odczuć. Bieda, nieheteronormatywność, toksyczne relacje rodzinne, przemoc, dyskryminacja – codzienność Eddyego opisywana w sposób silnie sugerujący autobiograficzną genezę utworu nie pozostawia obojętnym, wrzuca nas w sam środek fabuły i zalewa całą swoją ohydą, strachem i smutkiem. Od pierwszej strony wiedziałam, że mam do czynienia z książką genialną. Nie mogę nie polecić.

Katarzyna Duda, Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji, Wyd. Książka i Prasa

O tej doskonałej książce pisałam już w kontekście spotkania autorskiego, które miałam wielką przyjemność prowadzić, powtórzę więc tylko, że najbardziej polecam tę pozycję wszystkim tym, którzy uważają, że najlepsze, co mogło spotkać Polskę po 1989 roku to plan Balcerowicza. Przeczytajcie i zastanówcie się jeszcze raz. 

Nadia Murad, Ostatnia dziewczyna. O mojej niewoli i walce z Państwem Islamskim, Wyd. Prószyński i Media

Kolejna noblistka, tym razem nagrodzona nie w kategorii literackiej, a pokojowej. Niewiele osób na świecie tak bardzo imponuje mi jak Nadia Murad, aktywistka na rzecz praw człowieka i zakończenia wykorzystywania przemocy seksualnej jako broni w konfliktach zbrojnych. Głęboko kibicuję jej działaniom, a przeczytanie jej wspomnień było z pewnością jednym z najcenniejszych doświadczeń emocjonalnych mijającego roku. Koniecznie.

nadia murad

Olga Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet, Wyd. Poznańskie

Wiem, że dzisiaj w „Kawie na Ławę” skład męski, ale to taki czas, gdy kobiety zajęte są w domu” zażartował redaktor dużej stacji informacyjnej próbując wytłumaczyć tymi słowami brak zaproszenia polityczek do przedświątecznego wydania swojego programu. Rok 2019, przypomnę. Traktowanie kobiet jako ozdobnika do „poważnych polityków” płci męskiej ma się w Polsce doskonale na ponad sto lat od czasu, gdy nasze prababki wywalczyły nam prawa wyborcze. A o sześciu z nich, które wykorzystały później te prawa, by znaleźć się w parlamencie, książkę napisała Olga Wiechnik. Podziwu godne poszukiwania i wykorzystanie źródeł połączone ze świetnym językiem i bardzo dobrą analizą wpływu tamtych wydarzeń na współczesność sprawiają, że „Posełki” uważam za jedną z najważniejszych lektur mijającego roku. A spotkanie z pisarką, w którym miałam przyjemność barć udział w ramach tegorocznego Festiwalu Literacki Sopot, tylko umocnił mnie w przekonaniu, że takich książek nam trzeba. Takich, które przypomną nam, że historii nie tworzyli sami mężczyźni, że kobiety nie siedziały wyłącznie w kuchni i sypialni. Czytajmy (oraz piszmy!) o wielkich kobietach, domagajmy się uwzględniania ich w dyskusjach i debatach, zwracajmy uwagę, gdy ich zasługi są pomijane, a sukcesy przemilczane. Trzymajmy stronę kobiet.

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki 1947-1963, Wyd. Karakter

Zaznaczam uczciwie – nie skończyłam czytać jeszcze tej książki, ale jako że solidna jej większość została przez mnie pochłonięta wczoraj, wypada chyba zaliczyć tę lekturę do tych czytanych w roku 2019. Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z przeczytaniem dzienników tej wybitnej pisarki i intelektualistki, ale na szczęście zaczęłam to nadrabiać. Dzięki temu ten beznadziejny rok udało mi się zakończyć naprawdę świetną i bardzo osobistą lekturą. Po prostu czułam jej wpisy, pod wieloma sama mogłabym się podpisać, a niektóre wyglądały wręcz jak fragmenty moich własnych notatek. Poza tymi intymnymi przemyśleniami, znalazło się tam miejsce również na jej komentarze o czytanych książkach, obejrzanych spektaklach czy wysłuchanych utworach, nieco towarzyskich plotek, myśli wokół własnej homoseksualności czy zapisków o macierzyństwie. Wszystko to składa się na obraz postaci dokładnie tak nietuzinkowej, jak czytałam i wyobrażałam sobie wcześniej. Nic więcej od dzienników mi nie trzeba. Może tylko trochę czasu na ich dokończenie.

Przegląd zamknięty, koniec psot na ten rok. Zaczynam nowe!

Polecam się na przyszłość

A

 

 

PARAGON:

Domy bezdomne – 30,00 zł, cena targowa

Kiedyś tu było życie… – 00,00 zł, egzemplarz wydany w ramach spotkania

Inna dziewczyna – 21,99 zł, Bonito

Posełki – 30,00 zł, cena targowa

Pozostałe tytuły – 00,00 zł, wypożyczenia z biblioteki

SUMA: 81,99 zł

Ducret, Krakauer, Atwood i Regina | Czy przemoc ma płeć? Część I

Mam wielką słabość do obserwowania wszystkich przewijających się przez media społecznościowe dyskusji na temat pozycji i praw kobiet. Trwająca właśnie akcja „16 dni przeciw przemocy wobec kobiet”, o której więcej przeczytacie na przykład tutaj, podgrzała atmosferę do czerwoności, dzięki czemu można było przeczytać wiele ciekawych opinii na temat ubóstwa menstruacyjnego i okresu jako takiego (co pięknie podsumował AszDziennik, choć odczuwam brak kilku dorodnych buraków w tym mizoginistycznym barszczu), jak również sposobu mówienia o sprawcach przemocy wobec kobiet, czego przyczynkiem stała się opublikowana przez grupę Dziewuchy Dziewuchom grafika z hasłem „Przemoc ma płeć”. W tym miejscu chciałabym wyjaśnić dwie kwestie:

  1. Nie jest to hasło stworzone przez grupę DD, tylko ukute w 2017 roku przez ówczesną zastępczynię Rzecznika Praw Obywatelskich, dr Sylwię Spurek. Zabieg ten jest ironiczny o tyle, że ta powstała z ruchu społecznego grupa prywatna bardzo skrupulatnie rozlicza innych z praw autorskich, co z pewnością zatwierdzą jej dawne przyczółki lokalne (więcej informacji znajdziecie tutaj).
  2. Dr Spurek w swojej wypowiedzi odniosła się do statystyk, z których jednoznacznie wynika, że przemoc domowa jest warunkowana w ogromnej mierze kwestiami płciowymi, o czym więcej w dalszej części tekstu.

Zagłębienie się w komentarze dotyczące kwestii przemocy wobec kobiet przypomniało mi, jak – jako społeczeństwo – niewiele rozumiemy z tego, czym tak naprawdę jest przemoc warunkowana płcią, jakie są jej przejawy i dlaczego nadal zbiera ona tak krwawe plony (zgodnie z szacunkami Centrum Praw Kobiet, każdego roku ginie z rąk swojego partnera ponad czterysta Polek). Ten wpis postanowiłam więc poświęcić nie tylko trzem tematycznie powiązanym z trwającą akcją lekturom, ale również zebraniu szesnastu faktów o przemocy wobec kobiet. Dla rozjaśnienia kwestii poruszanych w poleceniach, wypada zacząć chyba od tego drugiego elementu.

 

1. Czym jest przemoc?

Przemoc to intencjonalne działanie lub zaniechanie jednej osoby wobec drugiej, które wykorzystując przewagę sił narusza prawa i dobra osobiste jednostki, powodując cierpienia i szkody. O przemocy możemy mówić wtedy, gdy zostaną spełnione cztery warunki:

  • Jest to intencjonalne działanie lub zaniechanie działania,

  • Jedna osoba ma wyraźną przewagę nad drugą,

  • Działanie lub zaniechanie jednej osoby narusza prawa i dobra osobiste drugiej,

  • Osoba wobec której stosowana jest przemoc, doznaje cierpienia i szkód fizycznych i psychicznych.

    Źródło: Niebieska Linia

  1. Formy przemocy:

    Przemoc fizyczna to każde zachowanie, którego celem jest zadanie ofierze bólu fizycznego wbrew jej woli, uszkodzenie jej ciała, pogorszenie jej zdrowia lub pozbawianie ją życia.

    Przemoc seksualna to każde zachowanie mające na celu zmuszenie ofiary do podjęcia niechcianych zachowań o charakterze seksualnym lub zdeprecjonowanie jej seksualności.

    Przemoc psychiczna to każde zachowanie, którego celem jest umniejszanie poczucia własnej wartości ofiary, wzbudzanie w ofierze strachu oraz pozbawianie jej poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem.

    Przemoc ekonomiczna to każde zachowanie, którego celem jest ekonomiczne uzależnienie ofiary od sprawcy.

    Źródło: Andrzej Dominiczak, Przemoc wobec kobiet w rodzinie, na podst. podręcznika Away from violence, wyd. I, Centrum Praw Kobiet, Warszawa 2008

  2. Czym jest cykl przemocy?

    Każdy sprawca przemocy ma swoje własne metody działania, uzależnia stosowanie ich od swoich własnych potrzeb oraz najbardziej satysfakcjonujących go reakcji swojej ofiary. Te indywidualne uwarunkowania wpisują się jednak w charakterystyczny schemat działania, który nazywany jest cyklem przemocy. Przyjmuje się, że relacje, w których pojawia się przemoc, funkcjonują w trzech fazach:

    – faza narastania napięcia,
    – faza gwałtownej przemocy,
    – faza skruchy.

    Faza narastania napięcia to całość symptomów zapowiadających użycie przemocy przez sprawcę. To ciągłe tworzenie wobec ofiary czy ofiar poczucia zagrożenia, ogromnej niepewności. Sam sprawca jest rozdrażniony, może wszczynać awantury, jeśli jest uzależniony, może w tej fazie spożywać więcej alkoholu lub zażywać więcej substancji psychoaktywnych. Ofiara żyje w tym czasie w ciągłym napięciu, może odczuwać dolegliwości natury psychosomatycznej (bóle głowy, mdłości), jest to również ten moment, w którym osoby z doświadczeniem przemocy najczęściej decydują się na szukanie pomocy na zewnątrz.

    Faza gwałtownej przemocy jest etapem, w którym następuje eskalacja przemocy, sprawca wyładowuje swoją agresję na ofierze. To w tej fazie dochodzi do bicia, torturowania, gwałcenia, opluwania, szarpania oraz innych zagrażających zdrowiu i życiu aktów przemocy wymierzonych w ofiarę. Jak wspomniałam, szacuje się, że każdego roku w samej Polsce ponad czterysta Polek ginie z rąk swojego męża/partnera. Nie zawsze zbrodnia ta klasyfikowana jest jako zabójstwo.

    Faza skruchy, zwana też fazą miodowego miesiąca, jest etapem, w którym agresja sprawcy przemocy została już rozładowana, a on sam próbuje udowodnić swojej ofierze, że zagrożenie minęło, ona zaś powinna mu przebaczyć. Czasami przeprasza i obiecuje, że „ta sytuacja nigdy już się nie powtórzy”, często jednak próbuje wmówić ofierze, że to ona „sprowokowała go” albo „gdyby czegoś nie zrobiła, on nie musiałby się denerwować”. Przekonuje, że ten „jednorazowy incydent” nie może przekreślać całego związku, kupuje kwiaty i drogie prezenty, budzi w swojej partnerce nadzieję, że mają jeszcze szansę na budowanie wspólnej, bezpiecznej przyszłości. Należy zaznaczyć, że w rzeczywistości są to techniki manipulacji – ofiara nie jest winna przemocy, jaką skierował wobec niej agresor, a etap fałszywej przemiany, o ile nie zostanie wsparty terapią sprawcy, prędzej czy później powróci do fazy narastania napięcia. I cykl zacznie się od nowa.

    Źródło: Andrzej Dominiczak, Przemoc wobec kobiet w rodzinie, na podst. podręcznika Away from violence, wyd. I, Centrum Praw Kobiet, Warszawa 2008

  3. Czy przemoc ma płeć? O statystykach.

    Wspomniane hasło Sylwii Spurek osobiście uważam za nieudane. Bynajmniej nie dlatego, że nie zgadzam się z tym, że to kobiety są ogromną większością ofiar przemocy (bo są), ale dlatego, że takie zabiegi językowe najczęściej przepełnione są strasznym patosem i popadają w szkodliwą generalizację. Moje prywatne odczucia wobec tego typu sloganów nie mają jednak znaczenia. Znaczenia mają natomiast dane. Zgodnie z raportem przygotowanym przez Fundację Autonomia:

    – 1 kobieta na 5 przynajmniej raz w życiu doświadczyła przemocy ze strony swojego męża/partnera. Około 12-15% kobiet funkcjonuje w „związkach z przemocą” po skończeniu 16. roku życia.
    – 25% zgłoszonych przestępstw z użyciem przemocy to przemoc wobec kobiet ze strony ich mężów/partnerów.

    – 95% ofiar przemocy w rodzinie to kobiety i dzieci

    – Przemoc wobec kobiet ma najwyższy odsetek powtarzalności przypadków prześladowania spośród wszystkich przestępstw. Obliczono, że kolejny incydent związany z przemocą ma miejsce w 35% gospodarstw domowych w ciągu pięciu tygodni od pierwszego zajścia (za: Women and Equality Unit).

    – Około 70 % żeńskich ofiar morderstw zostało zabitych przez swoich partnerów – mężczyzn

    – Dziewczęta między 15-19 rokiem życia stanowią 50% ofiar przemocy seksualnej w skali światowej.

    – Co trzecia nastolatka doświadcza przemocy seksualnej na randkach i w związkach z rówieśnikami. Nastolatki które doświadczają przemocy często podejmują zachowania seksualne wysokiego ryzyka, próby samobójcze, uzależniają się od środków odurzających, mają zaburzenia odżywiania się.

    – Kobiety stanowią największą grupę cywilnych ofiar wojen. W czasie konfliktów zbrojnych wykorzystywanie kobiet stosowane jest jako instrument czystek etnicznych i broń wojenna (gwałty, przymusowe ciąże, wykorzystywanie seksualne)

    – Kobiety należące do mniejszości – etnicznych i narodowych, uchodźczynie, kobiety z różnymi rodzajami niepełnosprawności, ubogie, nieheteroseksualne są wyjątkowo narażone na przemoc.

    – Przemoc wobec kobiet, tak jak każda inna jest przestępstwem, a nie sprawą prywatną.

    – Przemoc mężczyzn wobec kobiet wydarza się niezależnie od poziomu wykształcenia, dochodów, pochodzenia etnicznego lub narodowego, wieku i religii.

    Z przytoczonych danych wyraźnie wynika, że przemoc ze względu na płeć istnieje – skoro 95% ofiar przemocy w rodzinie to kobiety i dzieci, jakiekolwiek próby symetryzowania czy bagatelizowania skali zjawiska, jest niczym innym, jak wtórną wiktymizacją ofiar. To chyba dobry moment na przypomnienie, że w sytuacji przemocy nie da się zająć pozycji neutralnej. Jeśli nie opowiadasz się po stronie ofiar, mimowolnie wspierasz sprawcę. I nawet najbardziej sztampowe hasło jakiejkolwiek organizacji kobiecej nie stanowi dla takiej postawy usprawiedliwienia.

    Źródło: http://kampania16dni.pl/zasoby-edukacyjne/przemoc-podstawowe-informacje/

  4. Zakazane ciało.

    W naszej kulturze istnieją dwa podstawowe tematu tabu: seks i śmierć. Cielesność, seksualność, sensualność i zmysłowość nadal funkcjonuje jako temat wstydliwy, o którym przyzwoici ludzie nie rozmawiają, który powinien pozostać owiany tajemnicą. Z punktu widzenia osoby analizującej zjawiska przemocy wobec kobiet, tego typu myślenie w ogóle nie zaskakuje – rozmowy o tym, jak krzywdzone i okaleczane bywają kobiety w imię tradycji i patriarchalnych zachcianek, z pewnością nie komponują się dobrze z pełnymi samozadowolenia rozmowami o seksualnych podbojach. Dość wspomnieć, że jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu utrwalona praktyką było obrzezanie kobiet mieszkających w Europie i Stanach Zjednoczonych. Rzekomo w celach medycznych. Jednak konia z rzędem temu, kto odnajdzie na kartach historii podobny masowy proceder dokonywany na genitaliach mężczyzn. Czyżby mężczyźni nie chorowali? A może to po prostu wcale nie chodziło o zdrowie, tylko o kontrolę nad kobiecym ciałem?

    Ducretowska koncepcja zakazanego ciała doskonale koresponduje z opracowaniem Emilii Garncarek na temat kobiecego ciała jako przedmiotu kontroli społecznej, a jeśli dodamy do tego klasyczne hasło feministek drugiej fali „prywatne jest polityczne” (o czym więcej w nadchodzącym numerze periodyku „Prawo i płeć”, Wyd. Centrum Praw Kobiet) okazuje się, że problematyka naznaczenia kobiecego ciała jako nieczystego, groźnego i pogardzanego jest zjawiskiem powszechnym. W takich warunkach nie sposób nie zauważyć, że uprzedmiotowienie kobiecej cielesności jest czynnikiem wspierającym stosowanie wobec nas przemocy tak seksualnej, jak również fizycznej oraz emocjonalnej.

    Źródła: Emilia Garncarek, Kobiece ciało jako przedmiot kontroli społecznej, Uniwersytet Łódzki

    Diane Ducret, Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji, Wyd. Znak Horyzont, wyd. I

  5. (Nie)równości płciowe.

    Jak wspominam w moim opracowaniu o feministycznych teoriach prawa (z tego miejsca ładnie proszę wydawnictwo o to, by nie gniewało się na mnie za wykorzystanie tego krótkiego fragmentu przed oficjalną datą publikacji, ale nikt lepiej niż Simone de Beauvoir kwestii nierówności jeszcze nie wyjaśnił), kwestia równości, a ściślej – problemu nierówności płci stanowi punkt wyjścia wszelkich teorii prawa, które w swoich głównych nurtach zakładają uwzględnianie problematyki związanej z kobietami. Od sufrażystek i ich walki o prawa wyborcze, przez działania feminizmu liberalnego aż do współczesnego, niemal wszystkie problemy swoje źródło miały z dyskryminującym traktowaniu „drugiej płci”. Jak wspomina w swoim opus magnum Simone de Beauvoir, od początków patriarchatu (mężczyźni – przyp. aut.) uznali za właściwe, by kobieta znalazła się w stanie zależności, przeciwko niej skierowali ustawodawstwo, tak więc kobieta stała się rzeczywiście tym, co I n n e. Systemowe ograniczenie niezależności kobiety przez całe wieki funkcjonowało zatem jako naturalne prawo, którego prawideł nie wolno było podważać, a ewentualne traktowanie kobiet jak ludzi uznano za zbyt radykalne
    i zagrażające ustalonemu (przez mężczyzn) porządkowi.

    W tym punkcie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcenie do zapoznania się z treścią całego tekstu, którego premiera ma mieć miejsce jeszcze w 2019 roku.

    Źródło: S. de Beauvoir: Druga płeć, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2014, s. 187

  6. „Seksualność kobiet nie, ale seksualizacja to już jak najbardziej” – powiedział patriarchat.

    Jak wspomniałam w punkcie 5., uprzedmiotowienie kobiecego ciała ma bardzo solidnie ugruntowaną pozycję, jest ono traktowane jako nieczyste, a patriarchalna potrzeba zakrywania go znana jest na każdym kontynencie. Paradoksalnie, to samo „godne potępienia” ciało bardzo ochoczo wykorzystywane jest na każdym kroku, gdy tylko może ono posłużyć zaspokojeniu potrzeb seksualnych tych, którym – zgodnie ze społecznym przyzwoleniem – po prostu wolno więcej. Zjawisko seksualizacji doskonale skondensowano na stronie Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny:

    Seksualizacja to zjawisko dostrzeżone w latach 90. XX wieku. Aktualnie brakuje jednej i ogólnie przyjętej definicji. Według Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego ma ona miejsce wtedy, gdy występuje jedna z następujących sytuacji:

  • wartość osoby wynika z jej atrakcyjności seksualnej lub zachowania – do tego stopnia, że wyklucza inne cechy;
  • osoba jest dopasowywana do normy, według której atrakcyjność fizyczna (wąsko zdefiniowana) oznacza bycie seksownym;
  • osoba jest uprzedmiotowiona pod względem seksualnym, czyli staje się dla innych raczej przedmiotem seksualnego wykorzystania niż osobą zdolną do podejmowania niezależnych działań i decyzji;
  • seksualność jest narzucona osobie w niewłaściwy sposób.

W odniesieniu do dzieci i młodzieży, seksualizacja stanowi przykład nakładania norm, zasad, wymogów, potrzeb, wyglądu i zachowań należących do świata dorosłych.
Źródła:

Premature sexualization: understanding the risk. Outcomes of the NSPCC’s expert seminar series, NSPCC National Society for the Prevention of Cruelty to Children, Londyn, 2011

Report of the APA Task Force on the Sexualization of Girls, American Psychological Association,Task Force on the Sexualization of Girls, 2010, http://www.apa.org/pi/women/programs/girls/report-full.pdf

Trojanowska P., Seksualizacja dzieci i młodzieży – przyczyny, przeja­wy, konsekwencje i propozycje przeciwdziałania, [w:] “Dziecko krzywdzone. Teoria, badania, praktyka”, 13(2), Fundacja Dzieci Niczyje, Warszawa, 2014

  1. Udomowienie kobiet.

    „Baby do garów”, „miejsce kobiety jest w kuchni” czy też, by zacytować chłopca z pomorskiego ONR, który postanowił zaczepić mnie przed jedną z Manif – „a kto mi zrobi kanapkę?” (w tym punkcie pragnę zaznaczyć, że jeśli dorosły człowiek nie potrafi sam sobie zrobić kanapki, to pozostaje mi tylko współczuć, bo to musi być bardzo smutne życie). Brzmi znajomo? A slogany o tym, że kobiety są bardziej wrażliwe, a mężczyźni racjonalni? Albo że kobiety po prostu lepiej gotują (chyba że zawodowo i za duże pieniądze, wtedy pamiętajmy, że najlepszymi szefami kuchni są mężczyźni, hurr durr) i sprzątają (bo, jak wiadomo, zmywarka nigdy nie wymyje dobrze naczyń, jeśli zapakuje ją mężczyzna)? To wszystko wiąże się ze zjawiskiem udomowienia kobiet.

    Oczywiście zjawiskiem skrajnie absurdalnym i antyfeministycznym byłoby odmawianie kobietom, które chcą pełnoetatowo zajmować się domem i dziećmi, prawa do podjęcia wolnej decyzji o takim, a nie innym sposobie życia. Warto jednak zaznaczyć, że jeśli taki model codziennego funkcjonowania zostaje im narzucony (a nie jest to zjawisko rzadkie), skutecznie pozbawia je niezależności finansowej (brak możliwości nauki, zarobkowania, pozostawania na rynku pracy, kontaktu ze specjalistami i specjalistkami ze swojej branży, coraz większe pogłębianie się trudności z ewentualnym powrotem na rynek pracy), a przez to powoduje całkowite uzależnienie ekonomiczne od męża. Znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy taki stan odbiera wiele narzędzi do podjęcia walki w sytuacji wystąpienia przemocy ekonomicznej, zostawiam Wam.

    9. Przemoc wobec transkobiet

    Powiedzieć, że osobom transpłciowym żyje się w Polsce ciężko, to jak nic nie powiedzieć. Muszę przyznać, że w tym punkcie wyjątkowo nie wiedziałam nawet od czego zacząć. Może więc zacznę od początku. Zgodnie z opublikowanym w 2016 roku raportem nt. przemocy wobec osób LGBT w Polsce opracowanym przez Kampanię Przeciw Homofobii i Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, 48% osób transpłciowych doświadczyło przemocy motywowanej transfobią. Najczęściej ataki te pochodziły od osób, która ofiara znała osobiście. Codziennie mierzenie się z lekceważeniem, wykluczeniem czy otwartą agresją przekłada się na stan emocjonalny transkobiet, a ich zaniżona samoocena i poczucie „inności” może sprzyjać wchodzeniu w przemocowe relacje.
    Dlaczego trudno zaakceptować transkobiecość w walce o prawa kobiet? Boimy się czegoś, co nazywamy „męską perspektywą”, nie rozumiejąc istoty transpłciowości, wydaje się nam, że osoba oznaczona jako mężczyzna po urodzeniu jest przedstawicielką patriarchatu. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Dla tych transkobiet, które od dzieciństwa lub wczesnych lat nastoletnich wiedzą, że nie są mężczyznami, spotkania z patriarchatem to seria traum. To lata szykanowania w szkole, ukrywania ulubionego ubioru, doświadczania przemocy fizycznej i seksualnej, depresji i braku poczucia własnej wartości. Dorosłe życie przynosi o wiele więcej problemów. Jeśli na każdym kroku jest się zmuszaną do udowadniania, że jest się kimś, kto pasuje, trudno powiedzieć, że naprawdę się przynależy.

Źródło: http://codziennikfeministyczny.pl/trans-fuzja-byc-transkobieta-polsce/

*** Ten tekst nie miał być żadną formą manifestu, jednak w świetle rozlicznych wydarzeń w środowiskach pozornie równościowych, a w rzeczywistości dyskryminujących osoby transpłciowe, pozwolę sobie (a kto mi zabroni na moim blogu?) zwrócić się w ostatnim akapicie tego punktu do osób aktywistycznych: jeśli w swojej agendzie nie uwzględniacie problemów transkobiet, nie walczycie o prawa kobiet. Walczycie o swoje racje i dobre samopoczucie. Robiąc to kosztem najbardziej wykluczanych grup, przyczyniacie się do utrwalania przemocy. Albo zmieńcie swoją postawę, albo przestańcie udawać, że chodzi Wam o równe prawa.***

  1. Przemoc wobec kobiet z niepełnosprawnościami

    Według badań przeprowadzonych na zlecenie Parlamentu Europejskiego, 80% kobiet z niepełnosprawnościami doświadczyło lub doświadcza przemocy. Słownie: osiemdziesiąt procent. W przypadku kobiet z niepełnosprawnościami, podobnie jak w przypadku transkobiet, przemoc ta nie ma charakteru wyłącznie domowego, jej przejawy są widoczne również na polu publicznym. Przygotowanie i objaśnienie wszystkich form przemocy, z jakimi muszą się zmagać, jest obszerne na tyle, że powinno stać się przedmiotem osobnego omówienia. Warto zwrócić jednak uwagę na to, że kobiety z niepełnosprawnościami, poza wszystkimi przeszkodami, jakie stają na drodze wszystkich kobiet doświadczających przemocy, muszą w przypadku chęci zwrócenia się o pomoc, zmagać się również z trudnościami związanymi z metodami komunikacji (dla przykładu: ilu prawników czy pracowników socjalnych zna język migowy?) czy związanymi z cielesnością.

    11. Kobiety jako ofiary konfliktów zbrojnych.

    W lutym tego roku napisałam tekst o autobiografii Nadii Murad– laureatce Pokojowej Nagrody Nobla, jezydce, dawnej niewolnicy seksualnej Państwa Islamskiego. Jej historia i późniejsza działalność na rzecz walki z wykorzystywaniem przemocy seksualnej jako metody prowadzenia konfliktów zbrojnych budzi we mnie ogromny podziw, dlatego ogromnie polecam lekturę jej wspomnień, jak również zapoznanie się z raportem NATO, którego fragment umieszczam poniżej:

    Wykorzystywanie przemocy seksualnej w konfliktach jest obecnie uznawane, kodyfikowane i karane, jako jedno z najpoważniejszych naruszeń prawa międzynarodowego. Prawo konfliktów zbrojnych (nazywane także międzynarodowym prawem humanitarnym) oraz prawo międzynarodowe w zakresie praw człowieka określa ten rodzaj okrucieństwa, jako zbrodnię wojenną, zbrodnię przeciwko ludzkości, a także – w niektórych przypadkach – jako ludobójstwo.

    Często uważa się, że przemoc seksualna związana z konfliktami, to gwałty dokonywane na kobietach i dziewczętach podczas wojny. Jednak według definicji Statutu Rzymskiego Międzynarodowego Trybunału Karnego to zjawisko ma wiele twarzy i – poza gwałtem – obejmuje niewolnictwo seksualne, przymusową prostytucję, zmuszanie do ciąży, przymusową aborcję i sterylizację, zmuszanie do małżeństwa oraz inne formy przemocy seksualnej o porównywalnym ciężarze.

    Źródło: https://www.nato.int/docu/review/pl/articles/2017/10/26/zwalczanie-przemocy-seksualnej-zwiazanej-z-konfliktami/index.html

    12. Sprawa kobiet, czyli gdy mężczyźni czują się zwolnieni z obowiązku…

    W protestach w obronie praw kobiet głównie biorą udział kobiety. Mogłoby się wydawać, że jest to coś oczywistego, w końcu przedmiotem manifestacji są prawa i wolności kobiet. Problemem jest jednak to, że równe prawa nie są sprawą wyłącznie określonych grup. Prawa są równe wtedy, gdy dotyczą wszystkich osób. Dlatego walka o prawa reprodukcyjne nie jest wyłącznie sprawą kobiet. Nie protestując przeciwko przemocy wobec kobiet, stajemy po stronie tych, dla których obecny stan jest korzystny. Machanie ręką i pytania w stylu „no ale co niby mogę zrobić?” stały się dla mnie tak powszechne, że sama nie będę już chyba setny raz wyjaśniać tego samego. Zwłaszcza że o wiele sprawniej zrobił to Jackson Katz:

10 RZECZY, KTÓRE MOGĄ ZROBIĆ MĘŻCZYŹNI, BY PRZECIWDZIAŁAĆ PRZEMOCY WOBEC KOBIET WEDŁUG JACKSONA KATZA

  1. Przemoc ze względu na płeć dotyczy mężczyzn w różnym wieku i o różnym statusie społeczno-ekonomicznym.  Traktuj innych mężczyzn jako tych, którzy mogą przeciwdziałać przemocy, nie tylko jako potencjalnych sprawców.
  2. Jeśli twój brat, przyjaciel, kolega z pracy stosuje przemoc wobec swojej partnerki lub innej kobiety – nie bądź obojętny.
  3. Miej odwagę przyglądać się swoim zachowaniom. Zwracaj uwagę na sytuacje, w których twoje słowa lub działania krzywdzą inne osoby. Zauważaj swoje seksistowskie lub przemocowe wypowiedzi. Pracuj nad tym, by je zmieniać.
  4. Jeśli podejrzewasz, że bliska ci kobieta była ofiarą przemocy, zapytaj, czy możesz jej pomóc.
  5. Jeśli kiedykolwiek wykazywałeś wobec kobiet zachowania przemocowe, poszukaj profesjonalnej pomocy.
  6. Bądź sojusznikiem kobiet, które swoimi działaniami przyczyniają się do zwalczania wszelkich form przemocy ze względu na płeć.
  7. Zwracaj uwagę na homofobiczne zachowania lub komentarze. Protestuj, gdy jesteś ich świadkiem.
  8. Bierz udział w zajęciach, oglądaj filmy, czytaj artykuły dotyczące nierówności kobiet i mężczyzn, męskości i przemocy ze względu na płeć.
  9. Protestuj przeciwko traktowaniu kobiet jako obiektów seksualnych, jak ma to miejsce w reklamach lub programach telewizyjnych.
  10. Jeśli masz taką możliwość, przekazuj młodym mężczyznom wiedzę jak „być męskim” bez używania przemocy. Sam bądź takim przykładem.

(tłumaczenie robocze: Marcin Dziurok – wykonane na konferencję pt. „Zapobieganie agresji i przemocy wobec dziewczynek i młodych kobiet” zorganizowaną przez Fundację Autonomia, 25 listopada 2008; redakcja Magdalena Korona)

Źródło: http://kampania16dni.pl/zasoby-edukacyjne/chlopcy-i-mezczyzni-przeciwko-przemocy/

13. Tylko „tak” oznacza „tak”

Jeśli uważasz, że JAK KOBIETA MÓWI „NIE”, TO TYLKO SIĘ DROCZY, A TAK NAPRAWDĘ NA PEWNO MYŚLI „TAK”, to bardzo serdecznie zapraszam Cię do zastanowienia się nad tym, co z Tobą jest nie tak. Kobiety nie są magicznymi przedmiotami, które są zaprogramowane na kuszenie mężczyzn i które są niezdolne do wyraźnego sformułowania swoich potrzeb i opinii. Jeśli nie otrzymał*ś wyraźnej zgody na jakiekolwiek zachowanie związaną z intymnością, seksualnością, nie masz prawa kontynuować swojego działania. Zgoda może być wycofana w każdym momencie i dotyczyć jakiejkolwiek czynności (np. kobieta może chcieć uprawiać seks, ale szczególne jego odmiany stanowią przekroczenie jej granic i obowiązkiem każdej osoby jest ich uszanowanie). Jakiekolwiek próby wymuszenia, szantażu emocjonalnego („gdybyś mnie kochała…”), oszustwa (okłamanie partnerki choćby co do metod zabezpieczenia) czy groźby („zrób to i to albo…”) nie mieszczą się w zakresie dobrowolnej i konsensualnej zgody. I są po prostu przemocą.

14. Czym jest empowerment?

Empowerment (ang.) – upełnomocnienie, uwłasnowolnienie, upodmiotowienie.

(…) Pojęcie upełnomocnienia (empowermentu) jest ściśle związane z feminizmem i pedagogiką emancypacyjną. Empowerment (upełnomocnienie) jest zarówno procesem jak i stanem/rezultatem. Oznacza zmianę na poziomie indywidualnym i strukturalnym.

W rozumieniu socjologicznym empowerment odnosi się przede wszystkim do członków/kiń grup dyskryminowanych, mniejszościowych i marginalizowanych, które są/zostały wykluczone z procesów podejmowania decyzji, możliwości wpływu, posiadania szeroko rozumianej władzy (na poziomie osobistym, rodziny, społeczności, państwa i in.). Celem działań upełnomocniających jest osiągnięcie stanu, w którym ludzie u/odzyskują indywidualną i kolektywną (zbiorową) kontrolę nad własnym życiem, miejscem, postulatami, interesami, przestrzenią, prawami, językiem jakim opisywana jest rzeczywistość, w tym także oni/one itd. Dzięki upełnomocnieniu ludzie są zdolni do definiowania i działania, mają poczucie sprawczości/wpływu. Upełnomocnienie to także metoda, dzięki której można przywrócić lub uwydatnić siłę i władzę osób, które zostały jej pozbawione, lub też systemowo ograniczono możliwości jej używania i wyrażania (jak to ma miejsce w przypadku kobiet, osób należących do mniejszości narodowych i etnicznych, osób nie-białych, nie-pełnosprawnych, osób nieidentyfukujących się jako heteroseksualne i in.). Strukturalny wymiar działań upełnomocniających odnosi się do ujawniania struktur społecznych oraz barier i relacji wpływów, które podtrzymują zróżnicowanie i niesprawiedliwości/opresję.

Źródło:https://rownosc.info/dictionary/empowerment/

  1. Gdzie szukać pomocy?

    Jeśli sama doświadczasz przemocy albo wiesz lub podejrzewasz, że doświadcza jej bliska Ci osoba, wiedz, że możesz skorzystać z szerokiej oferty pomocy, jaką oferuje Niebieska Linia, jak choćby bezpłatnej infolinii (tel. 800-120-002). Jak zapewnia Pogotowie, za pośrednictwem infolinii można uzyskać wsparcie psychologiczne, informacje na temat przeciwdziałania przemocy w rodzinie, w tym o istniejących możliwościach prawno-proceduralnych oraz lokalnych placówkach pomocowych.

    Organizacje kobiece działają na terenie całej Polski, jeśli mieszkasz w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Żyrardowie czy Gdańsku, serdecznie polecam Ci zasięgnięcie porady u ekspertek Centrum Praw Kobiet. W tym roku przypada 25. rocznica powstania CPK. W tym czasie prawniczki i psycholożki udzieliły pomocy ponad 100.000 kobiet i dzieci. Osobiście poznałam kobiety, którym zwrócenie się tam po pomoc pozwoliło odmienić życie. A oto żywy dowód:

    https://www.youtube.com/watch?v=6Fc-mKE2dzo

    16. Ty.

    Być może jesteś moją rówieśnicą, feministką i aktywistką. Może masz czterdzieści lat, jesteś mężczyzną i chcesz dowiedzieć się, czym jest przemoc. Albo masz konserwatywne poglądy i już siedemnaście razy nazwałeś mnie feminazistką. Bez względu na to, co sprawiło, że nadal czytasz ten okropnie długi tekst, na pewno jesteś osobą, która w swoim życiu zderzyła się z przemocą. Może w rodzinnym domu, może w pracy, a może przez ścianę. W najlepszym wypadku znasz ją tylko ze słyszenia. Na pewno jednak możesz wykonać pierwszy krok w kierunku jej zwalczania. Wpłać darowiznę, weź udział w proteście, stań w obronie koleżanki, nie zgadzaj się na wyzywanie kobiet. Miej odwagę powiedzieć „nie”, gdy ktoś przekracza Twoje granice. Nie wstydź się prosić o pomoc. Nie udawaj, że przemoc wobec kobiet nie istnieje.
    A jeśli zastanawiasz się, co możesz zrobić z faktem, że ktoś stosuje wobec Ciebie przemoc, mam dla Ciebie specjalną wiadomość:

    Tak, to prawda, że organizacje udzielające pomocy osobom z doświadczeniem przemocy, są chronicznie niedofinansowane, przez co ich działania, nawet przy pracy wolontariackiej, bywają ograniczone. Wiedz jednak, że nie jesteś sama, prawniczki i psycholożki czekają na Ciebie, a Twoja sytuacja, choć zapewne ogromnie trudna, na pewno może ulec poprawie. Poznałam kobiety, które wierzyły w to, że nie można im pomóc, że nigdy nie uwolnią się od męża-przemocowca. Tymczasem jedna z nich rozwiodła się w ubiegłym tygodniu, wróciła do pracy, jest bezpieczna, jej dziecko również. Nie wstydź się prosić o pomoc i odważnie walcz o siebie. Wierzę w Ciebie i trzymam kciuki!

***

Z uwagi na to, że ten tekst i tak wyszedł znacznie dłuższy, niż początkowo zakładałam, zdecydowałam się podzielić go na dwie części – rekomendacje książkowe znajdziecie na blogu jeszcze przed zakończeniem kampanii. Dziękuję za uwagę i do przeczytania w najbliższych dniach!

 

Pięknego grudnia

Ada

AAAŚciemę sprzedam tanio

Kilka lat temu Ellen DeGeneres postanowiła, że poświęci pięć minut swojego programu na omówienie niezwykle poważnej kwestii, a mianowicie powita na świecie nowy artykuł na rynku wyrobów papierniczych – specjalny długopis dla kobiet. Oczywiście nie muszę dodawać, że od zwykłego długopisu tej samej firmy różnił się on jedynie kolorem (był różowy) oraz ceną (był znacznie droższy). Ellen, z typowym dla siebie sarkazmem, zachwycała się nad tą nowinką rzucając w przestrzeń pytania w stylu „dziewczyny, jak mogłyśmy wcześniej pisać takimi zupełnie zwykłymi długopisami? One nie były przecież dla nas!”. Publiczność, złożona głównie z kobiet, nie dowierzając początkowo temu, że jakakolwiek firma mogła wpaść na tak absurdalny pomysł, w końcu udzieliła twórcom tego jakże sprytnego zabiegu jedynej słusznej odpowiedzi, jaką był wybuch śmiechu przez łzy. Nie szukając jednak przykładów tak wspaniałych produktów aż za oceanem zaznaczę, że nie dalej jak w czasie ostatniego mundialu znalazłam w pewnym popularnym dyskoncie „zestaw kibica” (orzeszki, precle) oraz „zestaw dziewczyny kibica” (orzeszki w różowej czekoladzie, precle). Jeśli nie przeszły Cię jeszcze ciarki żenady, to spokojnie, podnosisz mi nieco poprzeczkę, ale jestem pewna, że prędzej czy później załamiesz ręce. Bo jest nad czym.

Oczywiście, samo odnajdywanie swojego targetu to absolutna podstawa planowania sprzedaży, nikt nie ma przecież zastrzeżeń do tego, że spotkania o książkach odbywają się w bibliotekach, a producenci obrączek wystawiają swoje produkty na targach ślubnych. Problem zaczyna się wtedy, gdy kampania opiera się na generalizacjach, stereotypach, a często nawet – na zwykłym kłamstwie. Coraz wyraźniej widać, że obecnie ogromna część kampanii reklamowych wielkich firm ma służyć utrwaleniu przekazu „my jesteśmy fajni, nasza firma angażuje się społecznie, a więc kupując nasze produkty bierzesz udział w naprawianiu świata”. I choć oczywiście nie ma nic złego w tym, że, dla przykładu, marka odzieżowa wypuszcza linię produktów stworzonych z przetworzonych surowców, nie może nam przy tym umknąć fakt, że jej pozostałe kolekcje to klasyczne fast fashion, że powstały poprzez wyzysk w krajach rozwijających się, a ich transport, składowanie i krótki okres przydatności to prawdziwy dramat dla środowiska naturalnego. Dopóki jednak aktywizm, choćby w swojej wyłącznie instagramowej formie, będzie generował zasięgi, a przez to się sprzedawał, dopóty musimy liczyć się z tym, że będą powstawały kolejne kampanie większych i mniejszych przedsiębiorstw, które dla ukrycia swoich prawdziwych praktyk chętnie podepną się pod szczytne cele. Pół biedy, gdyby robiły to choćby symbolicznie wspierając cenne inicjatywy, tymczasem w większości organizacji pozarządowych  nadal brakuje środków niezbędnych do prowadzenia choćby podstawowej działalności, a aktywiści, aktywistki i osoby aktywistycznej pracują pro bono. Kiedy więc koncerny i instytucje w swoim pustosłowiu pozornie wspierają rozmaite działania społeczne, choć w rzeczywistości nie robią absolutnie nic, by zrealizować określone postulaty choćby w swoich szeregach, mamy do czynienia ze zwykłym oszustwem. A przykłady najczęściej spotykanych ściem pozwolę sobie zasygnalizować poniżej. Uczciwie zaznaczam, że nie jestem specjalistką od marketingu, jednak – jako osoba bardzo zaangażowana w działania społeczne – na co dzień stykam się z firmami i organizacjami, które próbują poprawić swój wizerunek poprzez sztuczne, czysto pozorne podłączenie się do szczytnych inicjatyw.

Greenwashing

Greenwashing, w Polsce znany również jako „eko-ściema”, polega na wywoływaniu w potencjalnych klientach i klientkach danej firmy poczucia, że produkt, którym są zainteresowani, powstał w sposób ekologiczny, z dbałością o środowisko naturalne i zrównoważony rozwój. W niektórych przypadkach może on również manipulować odczuciami konsumentów i konsumentek przekonując, że dla danego brandu ważniejsze od samego dochodu jest na przykład prowadzenie odpowiedzialnego biznesu czy zapobieganie katastrofie klimatycznej. Jak zaznaczyłam wcześniej, firmy stosujące greenwashing często wykonują pozorne ruchy mające na celu udowodnienie nam, że „eko” to ich drugie imię, wypuszczają więc w świat choćby wspomnianą już kolekcję ubrań z bio surowców, jednak jest to zaledwie jedna czysta kropelka w morzu ich brudnej działalności. A to, że do haseł o środowisku, ekologii i kryzysie klimatycznym odwołują się koncerny paliwowe czy producenci samochodów, niech będzie najlepszym miernikiem tego, jak wiarygodne są to zapewnienia.

Doskonałym przykładem greenwashingu są wszelkiego rodzaju reklamy mięsa, w których producenci zapewniają, że ich mięso jest ekologiczne, najwyższej jakości oraz że pochodzi wyłącznie od zadowolonych krów. Całości idyllicznej wizji dopełnia zwykle piękna krowa, która wraz ze swoim słodkim cielaczkiem przegryza właśnie trawę na przepięknej łące. W rzeczywistości przemysł mięsny obecnie generuje większą emisję dwutlenku węgla do atmosfery niż cały przemysł wodny, kolejowy, lotniczy i samochodowy. Łącznie.

W czasie codziennych zakupów nagminnie zdarza się nam wszystkim obserwować hasła w rodzaju „less waste”, „30% mniej plastiku”, „naturalne” czy „20% mniej cukru” (nota bene, o co chodzi z tym brakiem przyimków?). Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to dobry znak, firmy stają się bardziej świadome, a my mniej dokładamy się do niszczenia planety. Szkoda tylko, że te zwroty w zasadzie nic nie znaczą, nawet nie wiadomo, do czego konkretnie się odnoszą. Mniej plasiku niż w jakim przypadku?  „Naturalne”, to znaczy jakie – bez konserwantów, wegańskie, prosto od rolnika? A może po prostu dajemy się łapać na mowę-trawę? Taką zieloną. Chyba.

brian-yurasits-YFiHaY2DVyE-unsplash.jpg
Fot. Brian Yurasits 

Pink-washing

W czasie, gdy w Polsce trwa regularna nagonka na osoby niecisheteronormatywne, każdy przejaw wsparcia dla osób LBGTQ ze strony rozmaitych firm wydaje się być naprawdę pięknym gestem solidarności, który zasługuje na wychwalanie działań tych przedsiębiorstw pod niebiosa. Wszystko pięknie? Nie do końca. Podczas gdy jedne firmy wprowadzają politykę równościową i prowadzą szkolenia antydyskryminacyjne, a niektóre (choć nadal nieliczne) nie wahają się również podjąć zdecydowanych działań wobec pracowników, którzy dopuszczają się homo-, bi-, czy transfobii w miejscu pracy, inne starają się podpiąć pod tęczową flagę przy jednoczesnym tuszowaniu panującego u nich wyzysku, mobbingu czy łamaniu praw pracowniczych. Nie podejmują żadnych realnych działań na rzecz tego, by choćby ich oddziały stanowiły safe space, z wielką chęcią opowiadają jednak w mediach o tym, jak bardzo wspierają mniejszości, nie szczędząc przy tym środków na firmowe gadżety z tęczową wstawką. Jak wskazują doświadczenia ostatnich miesięcy, często czynią to zresztą dzięki wsparciu krajowych organizacji pozarządowych. Oddawanie pola wyzyskiwaczom i hipokrytom na lśnienie w blasku fleszy i drobinkach brokatu jest niczym innym, jak tworzeniem przestrzeni do pink-washingu. Firma wyjdzie na tym na plus, podreperuje sobie wizerunek i najprawdopodobniej nieźle na tym zarobi. I nadal będzie prowadziła wykluczającą, przemocową politykę, przecież ma zdjęcie działu HR-u w tęczowych opaskach. Wszystko w porządku.

Ciekawym przykładem pink-washingu jest polityka gay-friendly prowadzona przez Izrael. Poprawianie swojego wizerunku i zachęcanie do odwiedzania pięknych, słonecznych atrakcji turystycznych odbywa się między innymi poprzez liczne zapewnienia na temat tego, jak postępowym i bezpiecznym dla mniejszości seksualnych miejscem jest Izrael. W folderach pełnych roześmianych par brakuje jednak dość istotnej wzmianki na temat tego, że zgodnie z raportem ONZ Izrael może być winny zbrodniom wojennym i zbrodniom przeciwko ludzkości. I że okupowana przez niego Palestyna nadal się wykrwawia. Cóż, taka wiadomość nie jest zbyt „pink”.

yoav-hornung-_FlNNNDezuw-unsplash.jpg
Fot.  yoav hornung

Woke-washing

Świadomość jest modna. I dobrze. Niedobrze jest natomiast wtedy, gdy budowanie wizerunku marki świadomej społecznie nie niesie za sobą żadnych rzeczywistych działań. A kiedy dana firma czy osoba instrumentalnie traktuje zjawiska, które wiążą się z cierpieniem ludzi, jej działania stają się zwyczajnie obrzydliwe. Sytuacja, w której przedsiębiorstwo, organizacja pozarządowa czy osoba prywatna usilnie zaznaczają, że w swoich działaniach zmierzają przede wszystkim do poprawy sytuacji osób zagrożonych wykluczeniem, osób marginalizowanych czy też będących ofiarami przemocy, podczas gdy w rzeczywistości próbują wymuskać swój wizerunek i przez to pozyskać nową klientelę czy inne profity, jest zjawiskiem równie nagannym moralnie, co powszechnym i niezwykle opłacalnym. W końcu mając do wyboru dwa szampony, dlaczego nie mamy wybrać tego wyprodukowanego przez firmę, która w swojej reklamie podkreśla, jak ważna jest dla niej różnorodność i feminizm? Cóż z tego, że ta sama firma ma w zarządzie samych mężczyzn, pracownice z małymi dziećmi są dyskryminowane, a wszystkie produkty są efektem wyzysku dziewcząt w krajach rozwijających się? Nieważne, grunt, że w reklamie wybrzmiało hasło o sile kobiet!

W ostatnich dniach na polskich ulicach pojawiły się billboardy z reklamą firmy „Adrian”, która do nowej kampanii zaprosiła panią Karolinę Piasecką – kobietę, o której usłyszeliśmy w chwili, w której zdecydowała się głośno powiedzieć o tym, ze jej mąż, prawicowy polityk, znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie. Pomysł zaproszenia pani Piaseckiej był sam w sobie świetny – problem przemocy domowej w Polsce wciąż jest marginalizowany i owiany tabu do tego stopnia, że w społecznej świadomości wstydem jest być ofiarą, a nie sprawcą przemocy. Między innymi dlatego jestem pod wrażeniem wielkiej siły i odwagi bohaterki kampanii. Nie znam i nie oceniam powodów, dla których pani Piasecka zdecydowała się wziąć udział w tej kampanii – to jej doświadczenie, jej trauma, jej decyzja i jej wizerunek. Prawdę powiedziawszy, życzyłabym sobie, by więcej kobiet z doświadczeniem przemocy miało w sobie siłę, by otwarcie mówić o tym, co je spotkało. Bo to nie one powinny się wstydzić.

Problem wspomnianej reklamy polega jednak na tym, w jaki sposób firma „Adrian” postanowiła posłużyć się historią pani Piaseckiej – oto widzimy postać pobitej kobiety, która siedzi w seksownym pończochach i próbuje osłonić się przed nadchodzącym ciosem ze strony swojego oprawcy. Samo zdjęcie świadczy o nieco pornograficznej koncepcji twórców reklamy, fetyszyzacji przemocy. Prowokuje? Miało prowokować. Do myślenia? Nie, do kupienia pończoch. Choć, gdyby zapytać osoby z działu marketingu, z pewnością chodziło o zwrócenie uwagi na ważny problem społeczny. Szkoda tylko, że żadnej z ofiar ta reklama bynajmniej nie pomaga. A mogłaby. W końcu „Adrian kocha wszystkie kobiety”. Od siebie podpowiem, że o wiele sensowniej firma okazałaby tę miłość do kobiet doświadczających przemocy, gdyby zdecydowała się na dokonanie przelewu na rzecz Centrum Praw Kobiet. Na wszelki wypadek zostawiam tu link przydatny do wpłacenia darowizny: Darowizna na rzecz CPK

woke
Źródło: www.thebeancast.com

Estetyzacja przemocy miała tym razem sprzedać nam rajstopy. Wcześniej Lacoste „walczyło” o zachowanie gatunków zastępując swoje legendarne logo z krokodylem ilustracjami zagrożonych zwierząt, choć jednocześnie bez oporów sprzedawali skórzane torby, buty i rękawiczki. Pepsi natomiast wypuściło w świat reklamę będącą wokewashingocepcją, zawarto w niej bowiem i protesty (świadomość! aktywizm!), i uroczy wizerunek amerykańskiej policji (halo, #BLM, ktokolwiek kojarzy?). Oraz Kendall Jenner, która swoją drogą powinna zatrudnić osobę, które weryfikowałaby jej kontrakty pod względem szczerości społecznych intencji zatrudniających ją marek, bo ostatnimi czasy modelka ma z tym niemały problem.

Nie jestem naiwna na tyle, by dziwić się temu, że reklamy kłamią. Uczciwość nie jest przecież najmocniejszą stroną kapitalizmu. Mimo to perfidne manipulacje i doprawianie sobie przez rozmaite firmy i organizacje świadomej społecznie gęby budzą we mnie głęboką odrazę. Bo to nie jest w porządku, że wycierasz sobie usta feminizmem, a płacisz mniej kobietom tylko dlatego, że są kobietami. Bo to nie jest w porządku, że zatruwasz rzeki, okrutnie traktujesz zwierzęta i produkujesz zawrotne ilości metanu, a w reklamie pozujesz na tle wesołych świnek i udajesz, że twoja firma troszczy się o środowisko. Wreszcie nie, to nie jest w porządku, jeśli seksualizujesz i estetyzujesz przemoc wobec kobiet, by sprzedać trochę więcej rajstop, a później puszczasz w świat oświadczenie, że ubóstwiasz kobiety. I nie, nie jest to w porządku, jeśli wspierasz takie działania. I bynajmniej nie jest w porządku to, że Ci to nie przeszkadza. Wybór należy do Ciebie. Kupujesz tę ściemę?

 

PS Poszukując grafik do tego tekstu natknęłam się na ofertę sprzedaży książki o greenwashingu. Proponował mi ją Amazon. Uznałam, że może rozbawi to równie mocno jak mnie.

 

 

Hasła warte uwagi:

purplewashing, queerbaiting, straightwashing, cause marketing, CSR

 

Źródła i przydatne linki:

https://www.youtube.com/watch?v=eCyw3prIWhc

Greenwashing

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/295924,1,ekosciema.read

http://odpowiedzialnybiznes.pl/artykuly/greenwashing-a-swiadomosc-ekologiczna-konsumentow/

https://www.foeeurope.org/search/foee/greenwashing

https://www.otwarteklatki.pl/spozycie-miesa-i-jego-wplyw-na-zdrowie-i-srodowisko/

https://www.teraz-srodowisko.pl/aktualnosci/nie-ma-czegos-takiego-jak-tanie-mieso-5107.html (tu znajdziecie również raport Emission impossible. How big meat and dairy are heating up the planet)

Pinkwashing

http://codziennikfeministyczny.pl/gorzka-refleksja-nad-teczowym-urokiem-czym-jest-pinkwashing-dlaczego-chcemy-tym-mowic/

http://www.rzeczovnik.pl/2019/07/pink-washing/

https://www.rp.pl/Konflikt-izraelsko-palestynski/190229320-Strefa-Gazy-Izrael-winny-zbrodni-przeciwko-ludzkosci.html

Woke-washing:

https://www.wokewashing.com/

https://www.prweek.com/article/1593479/ten-ways-brands-avoid-woke-washing

https://businessesgrow.com/2019/06/24/woke-washing/

https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,100865,25376631,producent-rajstop-instrumentalnie-wykorzystuje-przemoc-domowa.html

***

#drogaczytania jest blogiem popularyzującym czytelnictwo, sięganie nie tylko po nowości wydawnicze, ale również po mniej znane lub nieco zapomniane, a jednak niezwykle wartościowe pozycje literackie. Moje rekomendacje znajdziecie również na twitterowej grupie @BestReadPL. Współpraca: Kontakt. Zastrzegam, że nie angażuję się w inicjatywy mające na celu promocję literatury niskiej jakościowo lub promującej działania i poglądy o charakterze rasistowskim, homofobicznym, mizoginistycznym czy nacjonalistycznym.

Karawana kryzysu | Linda Polman

W reportażach o działalności organizacji niosących pomoc humanitarną mam jedną zasadę – jeśli Janina Ochojska mówi, że warto się z nimi zapoznać, to znaczy, że warto się z nimi zapoznać. W przypadku „Karawany kryzysu. Za kulisami przemysłu usług humanitarnych” dodatkową rekomendacją był fakt, że za publikację polskiego wydania odpowiada mistrzowskie Wydawnictwo Czarne, a sama autorka, znana szerzej z „Laleczek skazańców”, jest bezsprzecznie ekspertką w swojej profesji. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak tylko wziąć na tapet jej książkę, a po lekturze… cóż, po prostu serdecznie Wam ją zarekomendować.

Jak wspomniałam, pozycję tę polecała Janina Ochojska, która jest również autorką przedmowy do polskiego wydania. Bardzo ostrożnie, mądrze i szczerze przygotowuje nas w niej do oswojenia się z wiadomościami, które odkryjemy w kolejnych rozdziałach – z jednej strony przyznaje rację Polman i nie bez goryczy pisze o nadużyciach w organizacjach humanitarnych, z drugiej jednak przypomina i nawołuje, żeby nie tracić całkowitego zaufania do INGOsów, które rzeczywiście niosą pomoc tam, gdzie najbardziej jest ona potrzebna, wyczula nas jedynie na to, by uważnie przyglądać się ich poczynaniom. Czytając to wprowadzenie odniosłam wrażenie, jak gdyby była to zachęta do wzięcia głębokiego oddechu, bo za moment przyjdzie mi nurkować w oceanie przekrętów i hipokryzji. Nie muszę chyba dodawać, że już pierwszy rozdział okazał się być skokiem na głęboką wodę.

 

To książka o tym, jak nie powinno udzielać się pomocy i jakie zagrożenia związane są z jej masowością.

 

W ostatnich dniach bardzo dużo mówi się o tym, jaką pozorną (tu postawię akcent) szczodrością wykazali się miliarderzy, gdy w ogniu stanęła restaurowana katedra Notre Dame i jak niemal zupełnie bez echa w polskich mediach przechodzą informacje o pożarach na Syberii, w Amazonii czy Afryce Południowej. Zagrajmy teraz w pewną grę – ja rzucam hasło, a Wy próbujecie przypomnieć sobie jakikolwiek materiał w polskich serwisach informacyjnych opisujący sytuację humanitarną w danym kraju. Pasy zapięte? Zaczynamy!

Rwanda.

Somalia.

Sudan.

Afganistan.

Liberia.

Sri Lanka.

Haiti.

Ile udało się Wam zebrać materiału w głowach? No właśnie. Jak plotek nie lubię, tak zauważyć należy, że z często odwiedzanych polskich stacji, telewizji i portali, najwięcej o sytuacji w wymienionych przeze mnie państwach pisał… Pudelek. W kontekście zaangażowania celebrytów i celebrytek, ale jednak. Przy tak wątpliwej – nazwijmy to z braku lepszego słowa – popularności newsów na ten temat, nie dziwi fakt, że wszelkiego rodzaju nadużycia i nonsensy przechodzą również bez żadnego rozgłosu.

Polman postanowiła rozprawić się z niecnymi postępkami niektórych organizacji i przez pięć lat zbierała materiał do książki, w której w sposób przemyślany piętnuje największe błędy INGOsów – ich działanie w sposób oderwany od realiów danego terenu, niebezpieczeństwa związane z niesieniem pomocy tam, gdzie panuje reżim, który kontroluje wszystkie inicjatywy i zezwala dokładnie na to, co jest mu na rękę. Autorka zwraca uwagę na brak partycypacji miejscowej społeczności w odbudowę systemu, krytykuje, choć z pewnym zrozumieniem, zawiłości projektowego finansowania poszczególnych działań. A przede wszystkim zwraca uwagę na tym, kto najbardziej cierpi, kto zostaje pozbawiony szans i kto w efekcie na tej rzekomej pomocy więcej traci, niż zyskuje.

Jestem ostatnią osobą, która kiedykolwiek zacznie zniechęcać inne osoby do udzielania pomocy, do wolontariatów, do jeżdżenia na misje i do poświęcania swoich zasobów i energii do sprawiania, by świat stał się trochę lepszym miejscem. Po lekturze „Karawany kryzysu” ciężko jednak nie dołożyć do ogólnego i wspaniałego hasła „zaangażuj się” jednego słowa – „mądrze”. Miałam kiedyś przyjemność zaprezentować w Europejskim Centrum Solidarności moje doświadczenia z działalności aktywistycznej i ukułam sobie wtedy pewną analogię (którą być może znacie też z pewnego felietonu w magazynie feministycznym, bo zapewne zupełnie przypadkiem posłużyła się nią natychmiast ich uznana redaktorka) – działać trzeba zawsze z podwójną troską, z troską o innych i z troską o siebie. Zauważ, że gdy w samolocie dochodzi do sytuacji kryzysowej, najpierw zakładasz maseczkę tlenową sobie, aby móc następnie pomóc innym. Jeśli chcesz się zaangażować w działania humanitarne, wspomóc je finansowo albo nawet osobiście, zrób porządny research, by cała para nie poszła w gwizdek. I pamiętaj, by – w razie czego – pierwszą maseczkę założyć właśnie sobie.

Owocnej pracy!

Ada

PARAGON:

Karawana kryzysu – 0 zł, książka wypożyczona z biblioteki

PS Idę sobie przyznać order z ananasa, że nie napisałam nic o Kościele Katolickim, bo musiałabym użyć brzydkich słów, ale bardzo uczulam Was na ten wątek, bo poziom hipokryzji jego wysłanników jest porażający (a jednocześnie jest najmniejszym zaskoczeniem na świecie, nieprawdaż?).

 

***

 

#drogaczytania jest blogiem popularyzującym czytelnictwo, sięganie nie tylko po nowości wydawnicze, ale również po mniej znane lub nieco zapomniane, a jednak niezwykle wartościowe pozycje literackie. Moje rekomendacje znajdziecie również na twitterowej grupie @BestReadPL. Współpraca: Kontakt. Zastrzegam, że nie angażuję się w inicjatywy mające na celu promocję literatury niskiej jakościowo lub promującej działania i poglądy o charakterze rasistowskim, homofobicznym, mizoginistycznym czy nacjonalistycznym.

Domy bezdomne | Dorota Brauntsch

Im jestem starsza, tym mniej zwracam uwagę na publikacje z zakresu historii pisanej z perspektywy wielkiej polityki i krwawych bitew, za to coraz chętniej znoszę do domu książki o codziennych losach ludzi, dla których zabrakło miejsca na kartach podręczników historii, a którzy tę historię widzieli na własne oczy, często będąc największymi ofiarami decyzji ówczesnych decydentów. Choć nadal w pewnym stopniu interesują mnie kulisy życia oficjeli, od pewnego czasu równie wiele myśli poświęcam temu wyrywkowi dziejów, które Howard Zinn określił „historią z perspektywy żaby”. Dzięki rozmowom na ten temat, kilka tygodni temu miałam wielką przyjemność dowiedzieć się, że taki właśnie reportaż napisała siostra mojej koleżanki – nie czekając dłużej, wybrałam się na stoisko wydawnictwa, by zakupić swój egzemplarz, a po lekturze nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam zrobienie dokładnie tego samego!

O ile nie mieszkacie w wielkim mieście, w którym każdy metr kwadratowy powierzchni zielonej jest potencjalnym skarbem dewelopera, który już widzi w nim okazję do postawienia tam nowego, jakże stylowego bloku ze szklaną balustradą i generyczną ławeczką pod generyczną latarnią stojącą nad generyczną ścieżką usypaną z jasnych kamyków, z pewnością zdarza się Wam mijać stare, ceglane budynki, na których sam widok zastanawiacie się, kiedy buldożer dokończy dzieła ich zniszczenia. Czy myślicie jednak czasami, kto w nich mieszkał? Od jak dawna się tam znajdują? Jaka jest ich historia? Te oraz wiele innych pytań zadała sobie, patrząc na opuszczone domy w swojej rodzinnej Pszczynie, dziennikarka i reporterka Dorota Brauntsch. A gdy zaczęła szukać i gromadzić odpowiedzi, spod jej ręki wyszedł jeden z najpiękniejszych reportaży o historii Śląska, jaki zdarzyło mi się czytać.

 

 

IMG_20190821_144642

 

 

Sposób, w jaki ta publikacja została napisana, określiłabym jednym słowem – „ciepły”. Brauntsch nie ocenia i nie szuka winnych, cierpliwie szuka, obserwuje i rozmawia o tym, jak wyglądały dzieje pszczyńskich domostw i jaka pamięć na ich temat pozostała w głowach jej rozmówców i rozmówczyń. Jeździ, szuka, słucha. O leśniczówce i karczmie, o izbach, strychach i ruinach. O potrzebie młodych mieszkańców i mieszkanek, by drogie do utrzymania, ceglane budynki zrównać z ziemią i postawić w ich miejsce nowe, wygodne i lepiej wpisujące się w wizję tego, co obecnie uważa się za ładne. O kotach, które nie rozumieją, dlaczego ktoś zniszczył ich dom. O kobiecie, która bała się telefonu. O pszczołach, które umierają jeszcze szybciej niż pamięć.

Poruszające, a czasami zabawne historie zostały opisane w przepiękny, rozgrzewający serce i głowę sposób, tak rzadki dla tego gatunku literackiego. Czujemy słońce padające na drewniane ogrodzenie, widzimy te wygrzewające się na progach kocury. Przeplecione przez wszystkie pory roku fotografie towarzyszące przedstawianym historiom przerażają, bo uświadamiają nam, że część z nich została już zniszczona.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie dopatrzyła się w tej publikacji również wątku ważnej kobiety, która tak wiele zmieniła, a o której nikt już nie pamięta. Znacie na pewno to powiedzenie o Kazimierzu Wielkim, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Tak się składa, że w XV wieku dokładnie taką rolę w Pszczynie odegrała jej władczyni, Helena Korybutówna. To za jej panowania w okolicy pojawiły się budynki z cegły, dzięki którym twierdza obroniła się przed najazdem wojsk husyckich, a następnie cieszyńskich i raciborskich. Zapamiętajcie jej imię i wspomnijcie ciepło, jeśli kiedyś zdarzy Wam się przejść szlakiem pszczyńskiej cegły. I nie zapomnijcie przeczytać najpierw „Domów bezdomnych”.

 

Pięknej lektury

Ada

 

 

PARAGON:

Domy bezdomne Doroty Brauntsch, Dowody na Istnienie Wydawnictwo – 20,00 zł (cena targowa, Literacki Sopot 2019)

Agatha Christie | Nie ma zbrodni doskonałych

Raz na jakiś czas moja głowa płata mi figle i absolutnie ze mną nie współpracuje, gdy chcę rozluźnić mój stosik szczęścia. Jeszcze niedawno okropnie mnie to denerwowało i czułam, że tracę czas (a nowości nie ubywa!), na szczęście z wiekiem (seniorka urodzona w latach 90. pozdrawia!) przyjęłam do wiadomości, że nawet mój mózg ma prawo do tego, by odpocząć. To przecież doskonała okazja do tego, by sięgnąć po nieco mniej wymagające pozycje, a do tego kryminały nadają się wprost idealnie! Ostatni raz zaczytywałam się powieściami Agathy Christie, gdy kończyłam gimnazjum, uwielbiałam je i do dzisiaj pamiętam, że na wakacje do Hiszpanii zabrałam ze sobą cztery tytuły, żeby na pewno nie zabrakło mi w podróży śledztw Herculesa Poirota i panny Marple. Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu i uznałam, że skoro za nic na świecie nie jestem w stanie dokończyć opracowania tekstów feministycznych, to przeproszę w duchu Irenę Krzywicką i sięgnę po Christie. Na potrzeby dzisiejszego wpisu wybrałam trzy tytuły, które szczególnie pragnę Wam polecić, ale prawda jest taka, że Agatha Christie należy do autorek, które zawsze trzymają poziom, dlatego śmiało ściągnijcie z półki jakąkolwiek z jej książek, a na pewno nie spotka Was zawód.

 

Zło czai się wszędzie

To pierwsza książka Christie, jaką przeczytałam, być może dlatego do dzisiaj pozostaje moją ulubioną. Elegancki hotel, znamienici goście, wystawne kolacje i… morderstwo. Kto i dlaczego zdecydował się zabić Arlenę Marshall? Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Hercules Poirot, belgijski detektyw, bon vivant i znakomity znawca ludzkiej psychiki. Sposób, w jaki prowadzi rozpoznanie, jak rozmawia z gośćmi hotelu i jakie kroki podejmuje, by wykryć sprawcę oczywiście również i nas naprowadza na rozwiązanie, charakterystyczne jednak w serii o jego sprawach jest wprowadzenie punktu zwrotnego pod sam koniec powieści – ten kryminalny Deus ex machina tylko pozornie jednak przestawia całą sprawę do góry nogami, uważny czytelnik i czytelniczka są w stanie bardzo szybko wychwycić wszystkie detale niezbędne do rozwiązania zagadki zwykle już na początku utworu. Czy jednak świadomość, że wiemy, kto jest winny, jakkolwiek nam przeszkadza? Nieszczególnie. Sam język powieści i prowadzenie akcji jest na tyle wartkie i przyjemne, że Uwielbiam tę postać i nawet nie gniewam się, że dla mnie zawsze będzie miała serialową twarz Davida Sacheta – cóż poradzić na to, że do roli Poirota wybrano tak dobrego aktora?

 

A.B.C.

Kolejna powieść o śledztwie w wykonaniu belgijskiego detektywa – tym razem ofiary są dobierane przez przestępcę w sposób pozornie przypadkowy, jednak przy każdej z nich Policja odnajduje rozkład jazdy pociągów (potocznie zwany ABC), zabójstwa dokonywane są w porządku alfabetycznym, a sam sprawca podpisuje się jako „A.B.C.”. Jedna z najbardziej poplątanych książek o Herculesie Poirot, ale za to już we wstępie poznajemy pewien sekret samego genialnego detektywa, więc na pewno warto się skusić! Lektura idealna na dwa długie, letnie wieczory, najlepiej smakuje w towarzystwie angielskiej herbaty i belgijskiej czekolady.

PS „A.B.C.” jest dla mnie książką wyjątkową również o tyle, że – jak naprawdę rzadko – nie udało mi się prawidłowo wytypować zabójcy – tyle lat sumiennej nauki przedmiotów okołokryminologicznych jak krew w piach!

Agatha

 

Śmiertelna klątwa

Zbiór opowiadań o śledztwach panny Marple to z jednej strony błyskotliwe dialogi i atmosfera niecierpliwego oczekiwania na rozwiązanie każdej z zagadek, a z drugiej bardzo silnie zaakcentowana mądrość kobiet prowadzących pozornie nudne życie na prowincji. Autorka zbudowała postać opierając się na stereotypowym postrzeganiu „starej panny” z małej miejscowości poprzez zaakcentowanie jej pewnej nieporadności i wścibstwie, przełamała jednak ten często pogardzany wizerunek pokazując w każdym z opowiadań, że tak naprawdę w Jane Marple drzemie wielka siła, spostrzegawczość i wnikliwość, a jej umiejętność analizowania wypadków i łączenia wątków niejednokrotnie zawstydza nawet zawodowych policjantów. Detektywce – amatorce daleko do wielkomiejskiego blichtru, w jakim najlepiej odnajdywał się Poirot, jednak jej sukcesy dochodzeniowe często mogłyby zawstydzić genialnego Belga. Porywające historie i dużo życiowej mądrości. Wyborne!

Dzisiejszym wpisem z jednej strony chciałabym zachęcić Was do dołożenia do swojego wakacyjnego bagażu przynajmniej jednej książki autorstwa Agathy Christie, z drugiej jednak strony mam w tym swój inny niecny plan – jak pisałam w poprzednich wątkach, współpracuję z Festiwalem Literacki Sopot, na którym w tym roku pochylamy się nad twórczością brytyjskich pisarzy i pisarek. Oczywiście, oprócz moich ukochanych Jane Austen i Virginii Woolf, na tapet bierzemy również królową kryminałów (tę prawdziwą, a nie jakąś tam podrabianą). Tak się składa, że nawet przestrzeń, w której odbędą się „moje” spotkania, dzielę z organizatorkami wydarzeń związanych z Agathą Christie, będzie nam zatem wszystkim niezmiernie przyjemnie, jeśli za miesiąc spotkamy się w Sopocie, a Wy przyjedziecie do nas gotowi i gotowe na spotkanie z zagadkami! To jak, umowa?

Kłaniam się wakacyjnie

Ada

PARAGON:

  1. Zło czi się wszędzie, Wydawnictwo Dolnośląskie – 14,99 zł (wydanie kieszonkowe)
  2. A.B.C., Wydawnictwo Dolnośląskie – 4,99 zł (promocja w dyskoncie)
  3. Śmiertelna klątwa, Wydawnictwo Dolnośląskie – 4, 99 zł (promocja w dyskoncie)

SUMA: 24,97 zł

Kiedyś tu było życie…

Od kilku lat zdarza mi się prowadzić spotkania autorskie z pisarkami i pisarzami. Choć ostatnimi czasy staram się raczej ograniczać takie zlecenia, bo miło byłoby czasami się wyspać, to mam w swoim środowisku osobę, której ufam w ciemno i której propozycje spotkań nigdy mnie nie rozczarowały. W minioną sobotę, właśnie dzięki tej wspaniałej osobie, miałam wielką przyjemność poprowadzić spotkanie z Katarzyną Dudą, prawniczką, politolożką i autorką wspaniałego reportażu „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Wiem, że długi weekend i spotkanie w środku dnia nie jest najlepszą porą na takie wydarzenia, dlatego, choć jestem zachwycona frekwencją, pozwolę sobie napisać dla Was mały wyciąg z naszej rozmowy. Niestety, nie będzie wesoło. Co więcej, w jednym akapicie będzie mały spoiler ostatniego odcinka „Czarnobyla” (prod. HBO), więc przymknijcie w tym fragmencie oczy!

„Kiedyś tu było życie” to zbiór dwudziestu rozmów z osobami, które stały się ofiarami transformacji ustrojowej, dla których realia Polski z wizji Leszka Balcerowicza okazały się być gorsze od najczarniejszych wizji i dla których okres PRL nie oznaczał tylko legendarnych pustych półek w sklepach i Milicji atakującej protestujących robotników. Dla bohaterów i bohaterek tej książki okres Polski Ludowej oznaczał też pewność zatrudnienia, bezpieczeństwo, umowę o pracę i poczucie godności wynikającej z możliwości życia na zadowalającym poziomie. Te cztery wartości, których wiele osób z mojego pokolenia nie miało jeszcze okazji odczuć na własnej skórze.

 

 

W trakcie spotkania Autorka wiele uwagi poświęciła warunkom zatrudnienia osób outsourcowanych, których zatrudnienie jest rezultatem zamówienia publicznego. Osoby sprzątające szpitale, urzędy i ministerstwa, ochroniarze i ochroniarki, pracownicy i pracownice społeczne, ludzie pracujący w portierniach, szatniach i magazynach – mogłoby się wydawać, że skoro podmiotem pośrednio opłacającym ich wynagrodzenie jest instytucja publiczna, warunki zatrudnienia powinny być absolutnym wzorem do naśladowania. Nie wdając się w szczegóły legislacyjne – nic bardziej mylnego. Mobbing i stawki rzędu pięciu złotych za godzinę były codziennością choćby w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji aż do czasu ostatniej nowelizacji. Szok? W takim razie zapraszam do dalszej lektury.

Wielkie zmiany gospodarcze po roku 1989 to również uderzenie w przemysł. Zamykanie kopalni, hut, przetwórni, PGRów, fabryk czy szwalni oznaczało dla całych regionów Polski ogromny wzrost bezrobocia, szczególnie pośród robotników i robotnic. To przeskok z godnego życia i wczasów pod gruszą w kredyty, biedę, wstyd i brak środków na zakup butów dla dzieci. I nie wynikało to z – by zacytować panią Ewę Balcerowicz z jej ostatniej wypowiedzi dla telewizji śniadaniowej – ich braku chęci do pracy i predyspozycji, a z nagłego, całkowitego zniszczenia wielkiej branży, w której pracowali niekiedy przez połowę życia. Wykwalifikowani robotnicy i robotnice musieli znaleźć inne miejsce pracy, co w nowej rzeczywistości oznaczało często wejście do szarej strefy lub zatrudnienie się u różnego poziomu uczciwości przedsiębiorców. Praca na czarno? Ależ owszem. Złotówka za godzinę? Jak najbardziej. Mobbing? Łamanie przepisów BHP? Czego sobie tylko życzycie. I to wszystko we wspaniałej i jakże aktualnej atmosferze „na twoje miejsce jest dziesięć innych osób”. Pyszności.

Spotkanie stało się również pretekstem do rozmowy o jednej z bohaterek książki, pani Danucie, która zapytana o swój udział w stowarzyszeniach czy związkach zawodowych wypowiada niezwykle gorzkie i znaczące zdanie „nie zrzeszam się, bo nie mam z kim”. Opowiada również o swoim wyjeździe na Kongres Kobiet, na którym panel o kobietach mieszkających na wsi prowadziły wyłącznie wykształcone kobiety z klasy średniej. Oczywiście wszystkie mieszkające w mieście. Muszę przyznać, że w trakcie czytania tego fragmentu pomyślałam o tym, jak sama organizowałam panel o niealimentacji dla lokalnej wersji Kongresu i choć nadal uważam, że poznane dzięki temu wydarzeniu ekspertki były niepowtarzalne i wspaniałe, z lekkim wstydem myślę o tym, że przyłożyłam rękę do wydarzenia, którego centrala wypięła się później na prawa i potrzeby ochroniarek zabezpieczających jedną z edycji. Wstyd, siostry feministki. Wielki wstyd.

Jednym z najbardziej angażujących publiczność wątków było odszukanie logiki w rozumowaniu „praca ochroniarza na śmieciówce za minimum krajowe to wstyd, ale śmieciówka, minimum krajowe i owocowy czwartek w korpo to już super sprawa, bo mamy klimatyzowane biuro, NO I TE ANANASY W ŚRODKU TYGODNIA”. Smutna konkluzja tej dyskusji zamyka się niestety w dwóch frazach – karmieniu pracowników nadziejami o tym, że ich los może się w czasie magicznego „kiedyś” polepszyć, jak również w uznaniu słuszności postępowania jednej z bohaterek książki, która skazana na pracę do końca życia w warunkach urągających człowieczeństwu raz na jakiś czas skreśla kupon totolotka wierząc, że to jedyne wyjście z jej tragicznego, patowego położenia. Gdy własna praca daje ci zerowe szanse na poprawę warunków bytowych, nawet totolotek staje się bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem twoich problemów. I tylko ciężko uwierzyć, że mowa tu o Europie w 2019 roku.

– TU JEST SPOILER CZARNOBYLA – Spotkanie zamykał temat idei taniego państwa i tego, co się „opłaca”. O tym, jak zaciskanie pasa w pierwszej fali odbiło się na najsłabiej chronionych grupach zawodowych, jak zmniejszanie kosztów administracji oznaczało masowe zwolnienia i przejście na skandaliczne outsourcingi. I, co ciekawe, doskonałą puentą tego tematu wydał mi się fragment ostatniego odcinka genialnej miniserii HBO pt. „Czarnobyl”, w której zapytany przez sąd o przyczyny eksplozji (przy uwzględnieniu ilości reaktorów, w których nigdy do takiego wypadku nie doszło) sfrustrowany naukowiec opowiada o metodach budowy elektrowni i kończy wypowiedź krótkim „bo tak było taniej”. Tak było taniej, dlatego musiało dojść do tragedii. Tak było taniej, dlatego doszło do wielkiego skażenia i śmierci wielu niewinnych ludzi. Wreszcie tak jest taniej, dlatego bieda w Polsce ma się świetnie, dlatego ludzie odbierają sobie życie, bo nie widzą możliwości wyjścia z zadłużenia, dlatego wiele dzieci nadal nie zjada w ciągu dnia ani jednego ciepłego posiłku. No ale tak jest taniej. Tylko dla kogo?

 
***

Ogromnie dziękuję za możliwość przeprowadzenia tego arcyciekawego spotkania, dziękuję wszystkim obecnym Osobom za Wasz czas i zaangażowanie w rozmowę, dziękuję Kasi za obecność i doskonałe pointy. I dziękuję Wam za uwagę.

Książkę możecie (a polecam ogromnie!) zakupić tutaj.

Ukłony i życzenia godnej pracy i płacy

Ada