Karawana kryzysu | Linda Polman

W reportażach o działalności organizacji niosących pomoc humanitarną mam jedną zasadę – jeśli Janina Ochojska mówi, że warto się z nimi zapoznać, to znaczy, że warto się z nimi zapoznać. W przypadku „Karawany kryzysu. Za kulisami przemysłu usług humanitarnych” dodatkową rekomendacją był fakt, że za publikację polskiego wydania odpowiada mistrzowskie Wydawnictwo Czarne, a sama autorka, znana szerzej z „Laleczek skazańców”, jest bezsprzecznie ekspertką w swojej profesji. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak tylko wziąć na tapet jej książkę, a po lekturze… cóż, po prostu serdecznie Wam ją zarekomendować.

Jak wspomniałam, pozycję tę polecała Janina Ochojska, która jest również autorką przedmowy do polskiego wydania. Bardzo ostrożnie, mądrze i szczerze przygotowuje nas w niej do oswojenia się z wiadomościami, które odkryjemy w kolejnych rozdziałach – z jednej strony przyznaje rację Polman i nie bez goryczy pisze o nadużyciach w organizacjach humanitarnych, z drugiej jednak przypomina i nawołuje, żeby nie tracić całkowitego zaufania do INGOsów, które rzeczywiście niosą pomoc tam, gdzie najbardziej jest ona potrzebna, wyczula nas jedynie na to, by uważnie przyglądać się ich poczynaniom. Czytając to wprowadzenie odniosłam wrażenie, jak gdyby była to zachęta do wzięcia głębokiego oddechu, bo za moment przyjdzie mi nurkować w oceanie przekrętów i hipokryzji. Nie muszę chyba dodawać, że już pierwszy rozdział okazał się być skokiem na głęboką wodę.

 

To książka o tym, jak nie powinno udzielać się pomocy i jakie zagrożenia związane są z jej masowością.

 

W ostatnich dniach bardzo dużo mówi się o tym, jaką pozorną (tu postawię akcent) szczodrością wykazali się miliarderzy, gdy w ogniu stanęła restaurowana katedra Notre Dame i jak niemal zupełnie bez echa w polskich mediach przechodzą informacje o pożarach na Syberii, w Amazonii czy Afryce Południowej. Zagrajmy teraz w pewną grę – ja rzucam hasło, a Wy próbujecie przypomnieć sobie jakikolwiek materiał w polskich serwisach informacyjnych opisujący sytuację humanitarną w danym kraju. Pasy zapięte? Zaczynamy!

Rwanda.

Somalia.

Sudan.

Afganistan.

Liberia.

Sri Lanka.

Haiti.

Ile udało się Wam zebrać materiału w głowach? No właśnie. Jak plotek nie lubię, tak zauważyć należy, że z często odwiedzanych polskich stacji, telewizji i portali, najwięcej o sytuacji w wymienionych przeze mnie państwach pisał… Pudelek. W kontekście zaangażowania celebrytów i celebrytek, ale jednak. Przy tak wątpliwej – nazwijmy to z braku lepszego słowa – popularności newsów na ten temat, nie dziwi fakt, że wszelkiego rodzaju nadużycia i nonsensy przechodzą również bez żadnego rozgłosu.

Polman postanowiła rozprawić się z niecnymi postępkami niektórych organizacji i przez pięć lat zbierała materiał do książki, w której w sposób przemyślany piętnuje największe błędy INGOsów – ich działanie w sposób oderwany od realiów danego terenu, niebezpieczeństwa związane z niesieniem pomocy tam, gdzie panuje reżim, który kontroluje wszystkie inicjatywy i zezwala dokładnie na to, co jest mu na rękę. Autorka zwraca uwagę na brak partycypacji miejscowej społeczności w odbudowę systemu, krytykuje, choć z pewnym zrozumieniem, zawiłości projektowego finansowania poszczególnych działań. A przede wszystkim zwraca uwagę na tym, kto najbardziej cierpi, kto zostaje pozbawiony szans i kto w efekcie na tej rzekomej pomocy więcej traci, niż zyskuje.

Jestem ostatnią osobą, która kiedykolwiek zacznie zniechęcać inne osoby do udzielania pomocy, do wolontariatów, do jeżdżenia na misje i do poświęcania swoich zasobów i energii do sprawiania, by świat stał się trochę lepszym miejscem. Po lekturze „Karawany kryzysu” ciężko jednak nie dołożyć do ogólnego i wspaniałego hasła „zaangażuj się” jednego słowa – „mądrze”. Miałam kiedyś przyjemność zaprezentować w Europejskim Centrum Solidarności moje doświadczenia z działalności aktywistycznej i ukułam sobie wtedy pewną analogię (którą być może znacie też z pewnego felietonu w magazynie feministycznym, bo zapewne zupełnie przypadkiem posłużyła się nią natychmiast ich uznana redaktorka) – działać trzeba zawsze z podwójną troską, z troską o innych i z troską o siebie. Zauważ, że gdy w samolocie dochodzi do sytuacji kryzysowej, najpierw zakładasz maseczkę tlenową sobie, aby móc następnie pomóc innym. Jeśli chcesz się zaangażować w działania humanitarne, wspomóc je finansowo albo nawet osobiście, zrób porządny research, by cała para nie poszła w gwizdek. I pamiętaj, by – w razie czego – pierwszą maseczkę założyć właśnie sobie.

Owocnej pracy!

Ada

PARAGON:

Karawana kryzysu – 0 zł, książka wypożyczona z biblioteki

PS Idę sobie przyznać order z ananasa, że nie napisałam nic o Kościele Katolickim, bo musiałabym użyć brzydkich słów, ale bardzo uczulam Was na ten wątek, bo poziom hipokryzji jego wysłanników jest porażający (a jednocześnie jest najmniejszym zaskoczeniem na świecie, nieprawdaż?).

 

***

 

#drogaczytania jest blogiem popularyzującym czytelnictwo, sięganie nie tylko po nowości wydawnicze, ale również po mniej znane lub nieco zapomniane, a jednak niezwykle wartościowe pozycje literackie. Moje rekomendacje znajdziecie również na twitterowej grupie @BestReadPL. Współpraca: Kontakt. Zastrzegam, że nie angażuję się w inicjatywy mające na celu promocję literatury niskiej jakościowo lub promującej działania i poglądy o charakterze rasistowskim, homofobicznym, mizoginistycznym czy nacjonalistycznym.

Reklamy

Domy bezdomne | Dorota Brauntsch

Im jestem starsza, tym mniej zwracam uwagę na publikacje z zakresu historii pisanej z perspektywy wielkiej polityki i krwawych bitew, za to coraz chętniej znoszę do domu książki o codziennych losach ludzi, dla których zabrakło miejsca na kartach podręczników historii, a którzy tę historię widzieli na własne oczy, często będąc największymi ofiarami decyzji ówczesnych decydentów. Choć nadal w pewnym stopniu interesują mnie kulisy życia oficjeli, od pewnego czasu równie wiele myśli poświęcam temu wyrywkowi dziejów, które Howard Zinn określił „historią z perspektywy żaby”. Dzięki rozmowom na ten temat, kilka tygodni temu miałam wielką przyjemność dowiedzieć się, że taki właśnie reportaż napisała siostra mojej koleżanki – nie czekając dłużej, wybrałam się na stoisko wydawnictwa, by zakupić swój egzemplarz, a po lekturze nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam zrobienie dokładnie tego samego!

O ile nie mieszkacie w wielkim mieście, w którym każdy metr kwadratowy powierzchni zielonej jest potencjalnym skarbem dewelopera, który już widzi w nim okazję do postawienia tam nowego, jakże stylowego bloku ze szklaną balustradą i generyczną ławeczką pod generyczną latarnią stojącą nad generyczną ścieżką usypaną z jasnych kamyków, z pewnością zdarza się Wam mijać stare, ceglane budynki, na których sam widok zastanawiacie się, kiedy buldożer dokończy dzieła ich zniszczenia. Czy myślicie jednak czasami, kto w nich mieszkał? Od jak dawna się tam znajdują? Jaka jest ich historia? Te oraz wiele innych pytań zadała sobie, patrząc na opuszczone domy w swojej rodzinnej Pszczynie, dziennikarka i reporterka Dorota Brauntsch. A gdy zaczęła szukać i gromadzić odpowiedzi, spod jej ręki wyszedł jeden z najpiękniejszych reportaży o historii Śląska, jaki zdarzyło mi się czytać.

 

 

IMG_20190821_144642

 

 

Sposób, w jaki ta publikacja została napisana, określiłabym jednym słowem – „ciepły”. Brauntsch nie ocenia i nie szuka winnych, cierpliwie szuka, obserwuje i rozmawia o tym, jak wyglądały dzieje pszczyńskich domostw i jaka pamięć na ich temat pozostała w głowach jej rozmówców i rozmówczyń. Jeździ, szuka, słucha. O leśniczówce i karczmie, o izbach, strychach i ruinach. O potrzebie młodych mieszkańców i mieszkanek, by drogie do utrzymania, ceglane budynki zrównać z ziemią i postawić w ich miejsce nowe, wygodne i lepiej wpisujące się w wizję tego, co obecnie uważa się za ładne. O kotach, które nie rozumieją, dlaczego ktoś zniszczył ich dom. O kobiecie, która bała się telefonu. O pszczołach, które umierają jeszcze szybciej niż pamięć.

Poruszające, a czasami zabawne historie zostały opisane w przepiękny, rozgrzewający serce i głowę sposób, tak rzadki dla tego gatunku literackiego. Czujemy słońce padające na drewniane ogrodzenie, widzimy te wygrzewające się na progach kocury. Przeplecione przez wszystkie pory roku fotografie towarzyszące przedstawianym historiom przerażają, bo uświadamiają nam, że część z nich została już zniszczona.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie dopatrzyła się w tej publikacji również wątku ważnej kobiety, która tak wiele zmieniła, a o której nikt już nie pamięta. Znacie na pewno to powiedzenie o Kazimierzu Wielkim, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Tak się składa, że w XV wieku dokładnie taką rolę w Pszczynie odegrała jej władczyni, Helena Korybutówna. To za jej panowania w okolicy pojawiły się budynki z cegły, dzięki którym twierdza obroniła się przed najazdem wojsk husyckich, a następnie cieszyńskich i raciborskich. Zapamiętajcie jej imię i wspomnijcie ciepło, jeśli kiedyś zdarzy Wam się przejść szlakiem pszczyńskiej cegły. I nie zapomnijcie przeczytać najpierw „Domów bezdomnych”.

 

Pięknej lektury

Ada

 

 

PARAGON:

Domy bezdomne Doroty Brauntsch, Dowody na Istnienie Wydawnictwo – 20,00 zł (cena targowa, Literacki Sopot 2019)

Agatha Christie | Nie ma zbrodni doskonałych

Raz na jakiś czas moja głowa płata mi figle i absolutnie ze mną nie współpracuje, gdy chcę rozluźnić mój stosik szczęścia. Jeszcze niedawno okropnie mnie to denerwowało i czułam, że tracę czas (a nowości nie ubywa!), na szczęście z wiekiem (seniorka urodzona w latach 90. pozdrawia!) przyjęłam do wiadomości, że nawet mój mózg ma prawo do tego, by odpocząć. To przecież doskonała okazja do tego, by sięgnąć po nieco mniej wymagające pozycje, a do tego kryminały nadają się wprost idealnie! Ostatni raz zaczytywałam się powieściami Agathy Christie, gdy kończyłam gimnazjum, uwielbiałam je i do dzisiaj pamiętam, że na wakacje do Hiszpanii zabrałam ze sobą cztery tytuły, żeby na pewno nie zabrakło mi w podróży śledztw Herculesa Poirota i panny Marple. Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu i uznałam, że skoro za nic na świecie nie jestem w stanie dokończyć opracowania tekstów feministycznych, to przeproszę w duchu Irenę Krzywicką i sięgnę po Christie. Na potrzeby dzisiejszego wpisu wybrałam trzy tytuły, które szczególnie pragnę Wam polecić, ale prawda jest taka, że Agatha Christie należy do autorek, które zawsze trzymają poziom, dlatego śmiało ściągnijcie z półki jakąkolwiek z jej książek, a na pewno nie spotka Was zawód.

 

Zło czai się wszędzie

To pierwsza książka Christie, jaką przeczytałam, być może dlatego do dzisiaj pozostaje moją ulubioną. Elegancki hotel, znamienici goście, wystawne kolacje i… morderstwo. Kto i dlaczego zdecydował się zabić Arlenę Marshall? Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Hercules Poirot, belgijski detektyw, bon vivant i znakomity znawca ludzkiej psychiki. Sposób, w jaki prowadzi rozpoznanie, jak rozmawia z gośćmi hotelu i jakie kroki podejmuje, by wykryć sprawcę oczywiście również i nas naprowadza na rozwiązanie, charakterystyczne jednak w serii o jego sprawach jest wprowadzenie punktu zwrotnego pod sam koniec powieści – ten kryminalny Deus ex machina tylko pozornie jednak przestawia całą sprawę do góry nogami, uważny czytelnik i czytelniczka są w stanie bardzo szybko wychwycić wszystkie detale niezbędne do rozwiązania zagadki zwykle już na początku utworu. Czy jednak świadomość, że wiemy, kto jest winny, jakkolwiek nam przeszkadza? Nieszczególnie. Sam język powieści i prowadzenie akcji jest na tyle wartkie i przyjemne, że Uwielbiam tę postać i nawet nie gniewam się, że dla mnie zawsze będzie miała serialową twarz Davida Sacheta – cóż poradzić na to, że do roli Poirota wybrano tak dobrego aktora?

 

A.B.C.

Kolejna powieść o śledztwie w wykonaniu belgijskiego detektywa – tym razem ofiary są dobierane przez przestępcę w sposób pozornie przypadkowy, jednak przy każdej z nich Policja odnajduje rozkład jazdy pociągów (potocznie zwany ABC), zabójstwa dokonywane są w porządku alfabetycznym, a sam sprawca podpisuje się jako „A.B.C.”. Jedna z najbardziej poplątanych książek o Herculesie Poirot, ale za to już we wstępie poznajemy pewien sekret samego genialnego detektywa, więc na pewno warto się skusić! Lektura idealna na dwa długie, letnie wieczory, najlepiej smakuje w towarzystwie angielskiej herbaty i belgijskiej czekolady.

PS „A.B.C.” jest dla mnie książką wyjątkową również o tyle, że – jak naprawdę rzadko – nie udało mi się prawidłowo wytypować zabójcy – tyle lat sumiennej nauki przedmiotów okołokryminologicznych jak krew w piach!

Agatha

 

Śmiertelna klątwa

Zbiór opowiadań o śledztwach panny Marple to z jednej strony błyskotliwe dialogi i atmosfera niecierpliwego oczekiwania na rozwiązanie każdej z zagadek, a z drugiej bardzo silnie zaakcentowana mądrość kobiet prowadzących pozornie nudne życie na prowincji. Autorka zbudowała postać opierając się na stereotypowym postrzeganiu „starej panny” z małej miejscowości poprzez zaakcentowanie jej pewnej nieporadności i wścibstwie, przełamała jednak ten często pogardzany wizerunek pokazując w każdym z opowiadań, że tak naprawdę w Jane Marple drzemie wielka siła, spostrzegawczość i wnikliwość, a jej umiejętność analizowania wypadków i łączenia wątków niejednokrotnie zawstydza nawet zawodowych policjantów. Detektywce – amatorce daleko do wielkomiejskiego blichtru, w jakim najlepiej odnajdywał się Poirot, jednak jej sukcesy dochodzeniowe często mogłyby zawstydzić genialnego Belga. Porywające historie i dużo życiowej mądrości. Wyborne!

Dzisiejszym wpisem z jednej strony chciałabym zachęcić Was do dołożenia do swojego wakacyjnego bagażu przynajmniej jednej książki autorstwa Agathy Christie, z drugiej jednak strony mam w tym swój inny niecny plan – jak pisałam w poprzednich wątkach, współpracuję z Festiwalem Literacki Sopot, na którym w tym roku pochylamy się nad twórczością brytyjskich pisarzy i pisarek. Oczywiście, oprócz moich ukochanych Jane Austen i Virginii Woolf, na tapet bierzemy również królową kryminałów (tę prawdziwą, a nie jakąś tam podrabianą). Tak się składa, że nawet przestrzeń, w której odbędą się „moje” spotkania, dzielę z organizatorkami wydarzeń związanych z Agathą Christie, będzie nam zatem wszystkim niezmiernie przyjemnie, jeśli za miesiąc spotkamy się w Sopocie, a Wy przyjedziecie do nas gotowi i gotowe na spotkanie z zagadkami! To jak, umowa?

Kłaniam się wakacyjnie

Ada

PARAGON:

  1. Zło czi się wszędzie, Wydawnictwo Dolnośląskie – 14,99 zł (wydanie kieszonkowe)
  2. A.B.C., Wydawnictwo Dolnośląskie – 4,99 zł (promocja w dyskoncie)
  3. Śmiertelna klątwa, Wydawnictwo Dolnośląskie – 4, 99 zł (promocja w dyskoncie)

SUMA: 24,97 zł

Kiedyś tu było życie…

Od kilku lat zdarza mi się prowadzić spotkania autorskie z pisarkami i pisarzami. Choć ostatnimi czasy staram się raczej ograniczać takie zlecenia, bo miło byłoby czasami się wyspać, to mam w swoim środowisku osobę, której ufam w ciemno i której propozycje spotkań nigdy mnie nie rozczarowały. W minioną sobotę, właśnie dzięki tej wspaniałej osobie, miałam wielką przyjemność poprowadzić spotkanie z Katarzyną Dudą, prawniczką, politolożką i autorką wspaniałego reportażu „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Wiem, że długi weekend i spotkanie w środku dnia nie jest najlepszą porą na takie wydarzenia, dlatego, choć jestem zachwycona frekwencją, pozwolę sobie napisać dla Was mały wyciąg z naszej rozmowy. Niestety, nie będzie wesoło. Co więcej, w jednym akapicie będzie mały spoiler ostatniego odcinka „Czarnobyla” (prod. HBO), więc przymknijcie w tym fragmencie oczy!

„Kiedyś tu było życie” to zbiór dwudziestu rozmów z osobami, które stały się ofiarami transformacji ustrojowej, dla których realia Polski z wizji Leszka Balcerowicza okazały się być gorsze od najczarniejszych wizji i dla których okres PRL nie oznaczał tylko legendarnych pustych półek w sklepach i Milicji atakującej protestujących robotników. Dla bohaterów i bohaterek tej książki okres Polski Ludowej oznaczał też pewność zatrudnienia, bezpieczeństwo, umowę o pracę i poczucie godności wynikającej z możliwości życia na zadowalającym poziomie. Te cztery wartości, których wiele osób z mojego pokolenia nie miało jeszcze okazji odczuć na własnej skórze.

 

 

W trakcie spotkania Autorka wiele uwagi poświęciła warunkom zatrudnienia osób outsourcowanych, których zatrudnienie jest rezultatem zamówienia publicznego. Osoby sprzątające szpitale, urzędy i ministerstwa, ochroniarze i ochroniarki, pracownicy i pracownice społeczne, ludzie pracujący w portierniach, szatniach i magazynach – mogłoby się wydawać, że skoro podmiotem pośrednio opłacającym ich wynagrodzenie jest instytucja publiczna, warunki zatrudnienia powinny być absolutnym wzorem do naśladowania. Nie wdając się w szczegóły legislacyjne – nic bardziej mylnego. Mobbing i stawki rzędu pięciu złotych za godzinę były codziennością choćby w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji aż do czasu ostatniej nowelizacji. Szok? W takim razie zapraszam do dalszej lektury.

Wielkie zmiany gospodarcze po roku 1989 to również uderzenie w przemysł. Zamykanie kopalni, hut, przetwórni, PGRów, fabryk czy szwalni oznaczało dla całych regionów Polski ogromny wzrost bezrobocia, szczególnie pośród robotników i robotnic. To przeskok z godnego życia i wczasów pod gruszą w kredyty, biedę, wstyd i brak środków na zakup butów dla dzieci. I nie wynikało to z – by zacytować panią Ewę Balcerowicz z jej ostatniej wypowiedzi dla telewizji śniadaniowej – ich braku chęci do pracy i predyspozycji, a z nagłego, całkowitego zniszczenia wielkiej branży, w której pracowali niekiedy przez połowę życia. Wykwalifikowani robotnicy i robotnice musieli znaleźć inne miejsce pracy, co w nowej rzeczywistości oznaczało często wejście do szarej strefy lub zatrudnienie się u różnego poziomu uczciwości przedsiębiorców. Praca na czarno? Ależ owszem. Złotówka za godzinę? Jak najbardziej. Mobbing? Łamanie przepisów BHP? Czego sobie tylko życzycie. I to wszystko we wspaniałej i jakże aktualnej atmosferze „na twoje miejsce jest dziesięć innych osób”. Pyszności.

Spotkanie stało się również pretekstem do rozmowy o jednej z bohaterek książki, pani Danucie, która zapytana o swój udział w stowarzyszeniach czy związkach zawodowych wypowiada niezwykle gorzkie i znaczące zdanie „nie zrzeszam się, bo nie mam z kim”. Opowiada również o swoim wyjeździe na Kongres Kobiet, na którym panel o kobietach mieszkających na wsi prowadziły wyłącznie wykształcone kobiety z klasy średniej. Oczywiście wszystkie mieszkające w mieście. Muszę przyznać, że w trakcie czytania tego fragmentu pomyślałam o tym, jak sama organizowałam panel o niealimentacji dla lokalnej wersji Kongresu i choć nadal uważam, że poznane dzięki temu wydarzeniu ekspertki były niepowtarzalne i wspaniałe, z lekkim wstydem myślę o tym, że przyłożyłam rękę do wydarzenia, którego centrala wypięła się później na prawa i potrzeby ochroniarek zabezpieczających jedną z edycji. Wstyd, siostry feministki. Wielki wstyd.

Jednym z najbardziej angażujących publiczność wątków było odszukanie logiki w rozumowaniu „praca ochroniarza na śmieciówce za minimum krajowe to wstyd, ale śmieciówka, minimum krajowe i owocowy czwartek w korpo to już super sprawa, bo mamy klimatyzowane biuro, NO I TE ANANASY W ŚRODKU TYGODNIA”. Smutna konkluzja tej dyskusji zamyka się niestety w dwóch frazach – karmieniu pracowników nadziejami o tym, że ich los może się w czasie magicznego „kiedyś” polepszyć, jak również w uznaniu słuszności postępowania jednej z bohaterek książki, która skazana na pracę do końca życia w warunkach urągających człowieczeństwu raz na jakiś czas skreśla kupon totolotka wierząc, że to jedyne wyjście z jej tragicznego, patowego położenia. Gdy własna praca daje ci zerowe szanse na poprawę warunków bytowych, nawet totolotek staje się bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem twoich problemów. I tylko ciężko uwierzyć, że mowa tu o Europie w 2019 roku.

– TU JEST SPOILER CZARNOBYLA – Spotkanie zamykał temat idei taniego państwa i tego, co się „opłaca”. O tym, jak zaciskanie pasa w pierwszej fali odbiło się na najsłabiej chronionych grupach zawodowych, jak zmniejszanie kosztów administracji oznaczało masowe zwolnienia i przejście na skandaliczne outsourcingi. I, co ciekawe, doskonałą puentą tego tematu wydał mi się fragment ostatniego odcinka genialnej miniserii HBO pt. „Czarnobyl”, w której zapytany przez sąd o przyczyny eksplozji (przy uwzględnieniu ilości reaktorów, w których nigdy do takiego wypadku nie doszło) sfrustrowany naukowiec opowiada o metodach budowy elektrowni i kończy wypowiedź krótkim „bo tak było taniej”. Tak było taniej, dlatego musiało dojść do tragedii. Tak było taniej, dlatego doszło do wielkiego skażenia i śmierci wielu niewinnych ludzi. Wreszcie tak jest taniej, dlatego bieda w Polsce ma się świetnie, dlatego ludzie odbierają sobie życie, bo nie widzą możliwości wyjścia z zadłużenia, dlatego wiele dzieci nadal nie zjada w ciągu dnia ani jednego ciepłego posiłku. No ale tak jest taniej. Tylko dla kogo?

 
***

Ogromnie dziękuję za możliwość przeprowadzenia tego arcyciekawego spotkania, dziękuję wszystkim obecnym Osobom za Wasz czas i zaangażowanie w rozmowę, dziękuję Kasi za obecność i doskonałe pointy. I dziękuję Wam za uwagę.

Książkę możecie (a polecam ogromnie!) zakupić tutaj.

Ukłony i życzenia godnej pracy i płacy

Ada

#3xKultura

Choć jestem w samym środku zawodowo – osobistego tornada uznałam, że nie mogę dłużej odkładać pisania o tym, co nowego w kulturze – nie po to przebudowywałam bloga, by zostawić go teraz bez nowych wpisów! I choć oczywiście nie zamierzam rezygnować ze stałych rekomendacji (w myśl przyjętej na samym początku istnienia Drogi „jedna książka z nowości, jedna z biblioteki i jedna z antykwariatu”), bardzo chciałabym też podzielić się z Wami pysznościami z innych dziedzin sztuki. Na szczęście WordPress (prawie) wszystko przyjmie, dlatego śmiało i radośnie zapraszam Was na nowy cykl – #3xKultura! W każdej odsłonie będę polecać Wam spektakle, koncerty, miejsca, wydarzenia, filmy, dokumenty i artykuły, na które szczególnie warto zwrócić uwagę. Będzie smakowicie, wyjątkowo, feministycznie i od serca. Zapraszam!

 

DOKUMENT

Knock down the House”, reż. Rachel Lears (Netflix)

Do tego, że potrzebujemy więcej kobiet w polityce, nie muszę chyba nikogo przekonywać – skoro stanowimy połowę społeczeństwa, powinnyśmy sprawować połowę władzy. Proste? Proste. Istotne jest jednak to, by polityczki reprezentowały nasze interesy – strażniczki patriarchatu, które ochoczo podtrzymują krzywdzące status quo nie łapią się na tę kategorię i pozostaje nam mieć nadzieję, że będą stawały się coraz mniejszą grupą. Choć nigdy nie było moim zamiarem przemycanie polityki do wpisów na blogu, to chyba dobry moment na to, by rozwiać wątpliwości wielu domorosłych filozofów, którzy dopatrują się „braku logiki” u osób feministycznych, które nie popierają kobiet, które działają w polityce, a które wkładają wiele pracy w ograniczanie praw i wolności człowieka. Otóż wyjaśniam – feminizm zakłada równość wszystkich ludzi, a więc popieranie osób utrwalających nierówności nie może być – z definicji – feministyczne. Nawet jeśli te osoby akurat są kobietami. Bo seksizm nie ma płci.

Całkowite poparcie i – nie bójmy się tego słowa – wdzięczność możemy natomiast okazać tym, które z pełną świadomością nadchodzącego hejtu i pogardy zdecydowały się powiedzieć „teraz ja”. Takim właśnie kobietom, a konkretnie czterem Demokratkom, Netflix postanowił poświęcić dokument o ostatnich wyborach do Kongresu. I wyszło z tego nieprawdopodobnie inspirujące dzieło! Alexandria Ocasio-Cortez, Amy Vilela, Paula Jean Swearengin i Cori Bush ujawniają wzloty i upadki swoich kampanii, dzielą się swoimi motywacjami, obawami i marzeniami. Odwiedzamy ich sztaby i domy. A przede wszystkim dostajemy solidną dawkę inspiracji i girl poweru! Jestem zachwycona tą produkcją, polecam ją wszem wobec i niecierpliwie czekam na polską AOC. Gdy tylko skończycie oglądać „Knock down the House”, dowiecie się dlaczego.

 

knock down the house
Źródło: oficjalna strona dokumentu

 

SPEKTAKL

Śniący Chłopiec”, reż. Maciej Gorczyński (na podstawie sztuki Hanocha Levina), Teatr Miejski Miniatura (Gdańsk)

Spektakl, na który nie byłam gotowa emocjonalnie. Wchodząc do teatru wiedziałam, że za chwilę obejrzę sztukę o dzieciństwie, że pojawią się tam wątki psychoanalityczne (co dla mnie akurat jest plusem, choć wiem, że ten nurt budzi rozmaite emocje). Nie spodziewałam się jednak, że będę się bała, że będzie mi źle, że będzie mi słabo i że wyjdę oszołomiona, choć zachwycona.

Tytułowy Chłopiec oraz jego Matka muszą uciekać ze swojego domu, próbują znaleźć bezpieczne schronienie, choć na swojej drodze… podzielają los dziesiątek tysięcy uchodźców i uchodźczyń. Levin początkowo zamierzał opisać losy Żydów w czasie Zagłady, jednak z czasem zuniwersalizował swoją sztukę nadając jej wymiar ponadczasowy. Wojny, strach i walka o życie swoje i swoich dzieci trwają, nawet jeśli chwilowo to nie nasze dachy są bombardowane. Mamy do czynienia ze sztuką głęboko zaangażowaną społecznie, poruszającą kwestię uchodźstwa, wykorzystywania seksualnego, wojny, nienawiści, macierzyństwa, kształtowania się charakteru człowieka na etapie dzieciństwa. Posłużenie się w niej maskami, teatrem dramatycznym i teatrem tańca na naprawdę wysokim poziomie nadają tej sztuce tak wiele emocji, że po wyjściu z teatru uznałyśmy z koleżanką, że to wino, na które miałyśmy się udać, wypijemy innym razem, bo w tamtej chwili musiałyśmy pobyć same. Boję się napisać coś więcej o tym przedstawieniu, bo nie chcę zdradzać Wam szczegółów spektaklu, dlatego ograniczę się do „ogromnie polecam”!

 

TM_SNCHLOPIEC_2
Fot. Piotr Pędziszewski, oficjalna strona Teatru

 

SERIAL

The Act”, reż. Michelle Dean, Nick Antosca (HBO GO)

Muszę się przyznać – zaczęłam oglądać ten serial dla Patricii Arquette, której talentu nigdy nie mam dość. I wpadłam. Nie spałam do czwartej nad ranem, ale obejrzałam wszystkie dostępne wówczas odcinki. Co prawda moja terapeutka westchnęła ciężko, gdy kolejny raz zaczęłam opowiadać o „wspaniałej produkcji o przemocy” (choć to chyba i tak lepiej niż moje klasyczne „miałam zły dzień, więc włączyłam Melancholię von Triera”), ale – o rany – jakie to jest dobre! Niestety, z bólem serca przyznaję, że w miarę rozwoju fabuły akcja traci na wartkości i dwa ostatnie odcinki są nieco nużące, ale sama historia choroby jednej z głównych bohaterek jest fascynująca. Oparty na prawdziwych wydarzeniach serial jest filmową adaptacją jednej z najsłynniejszych historii kryminalnych w USA. Cierpiąca na ewidentny zastępczy zespół Münchhausena Dee Dee Blanchard zostaje zamordowana we własnym łóżku, a jej chora, poruszająca się na wózku córka Gypsy Rose znika bez śladu. Lokalna społeczność, uważająca Dee Dee za doskonałą, ogromnie poświęcającą się dla swojego dziecka kobietę, jest przerażona tym, że ich spokojna okolica w Missouri została naznaczona tak okrutną zbrodnią. Kto jednak jest prawdziwą ofiarą? Dlaczego doszło do tego zabójstwa? Z czyjej ręki zginęła Dee Dee? Rzadko zdarza się, by w produkcjach typu true crime bardziej niż „kto” interesowało nas „dlaczego” ktoś zabił. Tym razem jednak twórcy grają z nami w emocjonalnego tenisa przerzucając nasze emocje na skrajne strony kortu, a wspomniana już Arquette bije własne rekordy aktorskiego geniuszu. Jest tak wybitna w tej roli, że aż nie mogę jej znieść. A Ty? Kogo tak naprawdę jest Ci szkoda? Podpowiedź: więcej niż jedna odpowiedź może być prawidłowa. Włącz HBO GO i przekonaj się sam/a.

Udanych seansów i wielkich przemyśleń!

Ada

 

***

Obrazy pochodzą z zasobów Wikipedii, „Knock down the House” jest dostępny na platformie Netflix, a „The Act” – na HBO GO. Repertuar Teatru Miniatura oraz materiały na temat spektaklu znajdziecie na stronie Teatru.

Bajki – szachrajki

Ten wpis dedykuję  małemu i puchatemu Olafowi, dla którego jest to pierwszy Dzień Dziecka, jak również wszystkim tym, którzy nadal noszą w sobie przygody swoich dziecięcych, literackich przyjaciół i przyjaciółek.

 

Dzień dobry w Dzień Dziecka!

Mam nadzieję, że ten piękny dzień spędzicie w najlepszym towarzystwie (nawet jest po prostu własnym) jedząc najpyszniejsze słodycze i oglądając najlepsze bajki. A jeśli znajdziecie trochę wolnego czasu, być może uda się Wam nawet sięgnąć do swoich ukochanych książek z dzieciństwa.

Nie wiem, czy zauważyliście i zauważyłyście, ale od jakiegoś czasu przybywa dziecięcych publikacji,w których główne skrzypce grają rezolutne i silne dziewczynki. Wspaniała sprawa! Niestety, oczywiście zaraz obok musi pojawić się podzielone na dwie grupy grono malkontentów – jedna grupa uważa, że to genderowe głupoty, a druga, że „o rany, no w końcu, reprezentacja jakaś, czas najwyższy”. Pierwszej grupy nawet komentować nie będę, bo to wesoły dzień i nie ma sensu się nad nikim pastwić, ale druga grupa naprawdę mnie zastanawia. Nie zrozumcie mnie źle, jeśli tylko można się do czegokolwiek przywalić, to ja zawsze bardzo chętnie, owszem i z rozkoszą, ale w tym przypadku ogarnia mnie pusty śmiech na widok komentarzy, zgodnie z którymi wszystkie silne postaci kobiece w bajkach dla dzieci najwyraźniej dogorywały w ostatnich dekadach pod kamieniem i dopiero wspaniały popfeminizm wyciągnął je na środek sceny. Basia, o którą toczono awantury, Ania z Zielonego Wzgórza, Ronja, córka zbójnika, całe stado mniej lub bardziej wyemancypowanych księżniczek i wróżek, Karolcia, Kangurzyca, Alicja w Krainie Czarów… mogłaby wymieniać tak dalej, ale myślę, że udało się Wam już złapać przekaz. Oczywiście, zawsze z wielką radością witam nowe bohaterki zwiększające tę znacznie skromniejszą od męskiej reprezentację, jednak bardzo nie chciałabym, by w morzu wydawniczych reklam zginęły gdzieś te postaci, które dla kilku pokoleń stały się prawdziwymi ikonami i pięknymi dowodami na to, że dziewczynki mogą osiągnąć wszystko, co tylko sobie wymarzą. Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was wpis o moich ukochanych bohaterkach z dzieciństwa. Do ich historii wracam myślami w chwilach zwątpienia nawet teraz, gdy jestem już dorosła i piórnik w księżniczki zamieniłam na piórnik w rowery. Zresztą nieważne. Głupi przykład. Na szczęście bohaterki wspaniałe!

Ania Shirley

L.M. Montgomery, seria „Ania z Zielonego Wzgórza”

Pisałam już kiedyś o moim głębokim przekonaniu, że Ania Shirley była klasycznym przykładem emancypantki, która nie była zainteresowana rolą, w jakiej widziało ją jej środowisko i skutecznie dążyła do zdobycia wymarzonego wykształcenia i pracy, na każdym kroku deklasując swoich konkurentów i konkurentki, szczerze, ale stanowczo rozprawiając się z natarczywymi kandydatami do małżeństwa i cierpliwie i wytrwale budując życie uszyte według własnego ściegu. Od chwili, w której poznajemy małą, zagubioną dziewczynkę, która nieświadomie upija swoją przyjaciółkę i zupełnie świadomie krzyczy na starszą sąsiadkę, która pozwala sobie na niesprawiedliwe i grubiańskie uwagi do momentu, w którym żegnamy się z dorosłą, doświadczoną i mądrą kobietą, mamy okazję przyglądać się jej determinacji, sile i pięknej duszy. Dla mnie poznanie serii o Ani było jednym z najważniejszych literackich doświadczeń i nie wiem, ile razy myślałam o niej ucząc się do przeraźliwie trudnego egzaminu albo przygotowując się do poważnej rozmowy. Być może dlatego, że w jej zachowaniu i charakterze widziałam potężną dawkę samej siebie, stała mi się ona na tyle bliska, że nie tylko kolejny raz wspominam o niej na blogu, ale też mam nadzieję, że sami i same sięgnięcie (być może ponownie) do jej przygód, a przede wszystkim nie pozwolicie, by Wasze dzieci przeszły przez swoje młode lata nie wiedząc, za co tak bardzo kocha się Avonlea.

 

pippi

 

Pippilotta Viktualia Firanella Złotmonetta Pończoszanka

A. Lindgren, seria „Pippi Pończoszanka”

Jeśli Ania jest wcieleniem delikatności i kruchości, to Pippi jest synonimem fantazji i absurdu. Z jakiegoś powodu nazywana przez całe lata Fizią (błagam, nie) mieszkanka Willi Śmiesznotki i opiekunka konia i małpki jest chyba najbarwniejszą postacią w historii literatury dziecięcej. Choć wiele jej historii zostało przez nią zmyślonych, faktem pozostaje, że Pippi jest pewnym symbolem tego, jak figlarne i beztroskie życie chciałyby wieść dzieci, gdyby tylko nie ograniczał ich system nakazów i zakazów funkcjonujących w dorosłym świecie. Chodzenie po drzewach i urządzanie szalonych wycieczek to przecież nic w porównaniu z tym, jak rozprawiła się ze złodziejami (fandomie Kevina, proszę się rozejść, królowa jest tylko jedna)! Pamiętam, jak moi rodzice czytywali mi wieczorami o jej występkach i, choć te przygody bardzo mnie bawiły, nigdy nie byłam na tyle przebojowym dzieckiem, by utożsamiać się z tą postacią. Na pewnym etapie życia zrozumiałam jednak, że każda osoba ma w sobie trochę z Pippi. I wspaniałą rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić, to pozwolić jej dojść do głosu. W końcu jeśli rozrabiać, to tylko tak jak Pippi. Tylko koni nie podnoście, bo z ortopedią w Polsce to wiadomo, jak jest.

Hermiona Granger

J.K. Rowling, seria „Harry Potter”

Jak wiadomo, Millenialsi niszczą rynek pracy, piją sojowe latte z własnych kubków i jedzą awokado na kilogramy. To wiedza powszechna. Taka z Instytutu Badań z Czapy, ale powszechna. A tak naprawdę to przede wszystkim chcemy nie umrzeć w wyniku wojen klimatycznych i może mieć jakiś własny kąt. To, co jednak łączy nas na pewno, to fakt, że przez jakiś fragment naszego dzieciństwa czy młodości przetoczyła się Pottermania, a Hermiona, arcyzdolna czarownica, stała się naszą ikoną. Tego, że wolno być prymuską, że można działać społecznie, że nie trzeba przedkładać urody nad wiedzę, że można sobie żyć po swojemu i starać się mieć w nosie tych, którym się to z różnych względów nie podoba. W dzieciństwie sama byłam prymuską i nieźle dostałam za to po głowie. Czasami myślę, że nadal to odchorowuję, ale w chwilach, gdy było mi bardzo źle, sięgałam do serii o Harrym Potterze i myślałam, że Hermiona też musiała wiele dźwignąć, a mimo to nie tylko była wspaniałą, wybitną czarownicą, ale też walczyła o sprawiedliwość dla tych, o których nikt się nie upominał. I choć wszyscy śmiali się z jej stowarzyszenia „Walka o Emancypację Skrzatów Zniewolonych”, najsłynniejszego wolnego skrzata opłakiwaliśmy i opłakiwałyśmy zanosząc się grupowym szlochem. Nie udawajcie, że nie. Myśląc o Hermionie i innych bohaterkach tego uniwersum, przychodzi mi również do głowy kwestia ich wpływu na rozumienie feminizmu – J.K. Rowling zadbała o to, by te postaci pomogły nam zapamiętać, że feminizm ma wiele twarzy, a choć silne kobiety mogą przerażać, to bez nich nie udałoby się uratować Hogwartu. Zaprzątnięta domem Molly, robiąca karierę Minerwa, bujająca w obłokach Luna, przebojowa Ginny, skrupulatna Hermiona czy dzielna Lily – wszystkie różne, wszystkie wspaniałe. Kto nie czyta, ten mugol!

 

droga czy tania (1)

 

Nieco rozprawiwszy się z wydawniczą histerią, pozostaję mi życzyć Wam wspaniałego Dnia Dziecka i obiecać, że naprawdę postaram się już więcej nie pisać o tych bohaterkach. Może czasami jeszcze przypomnę Wam o tym, że warto wracać do ich przygód. I że warto przypominać sobie i innym, że silne bohaterki istnieją w książkach. I w prawdziwym świecie. I że, najprawdopodobniej, jeśli sama czujesz się kobietą, z różnych powodów jesteś jedną z nich.

Ściskam Was mocno

Ada

Paragon:

0 zł, wszystkie książki dostałam od Rodziców, proszę nie mieć żalu!

Książką po mapie

Moim ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu, zaraz obok czytania, jest zwiedzanie, odkrywanie nowych miejsc. Przez lata wyjazdów bliższych i dalszych opanowałam do perfekcji pakowanie się w bagaż każdej wielkości, zawsze znajdując w walizce czy plecaku miejsce na lektury i mapy, które mają podróżować razem ze mną. Najchętniej zabieram ze sobą biografie osób związanych z danym regionem, ale mam też swój pakiet książek, które są dla mnie przyczynkiem do planowania wyjazdu w konkretne miejsce. Za każdym razem, gdy na nie zerkam, myślę o tym, że pora już przygotowywać trasę zwiedzania. I tak na przykład Francję zjeździłam z biografiami gwiazd francuskiego kina, Hiszpanię z Gaudim, a Czechy… ok, z Dostojewskim, nie było tematu. Mam już jednak kolejne plany i nowe dziwacznie nęcące mnie pozycje, z którymi objadę trochę nowych miejsc – nie przedłużając, zapraszam na mały przegląd!

Anna Dziewit – Meller, Marcin Meller, Gaumardżos! Opowieści z Gruzji, Wyd. Świat Książki

Gdybym miała zaplanować trasę podróży po Gruzji wyłącznie przy pomocy tej książki, w ciemno mogłabym zgłosić swoje zaginięcie. Gaumardżos nie jest bowiem przewodnikiem, nie poprowadzi nas za rączkę po gruzińskich must see i nie wskaże nam miejsc, gdzie można zebrać pieczątki dzielnego podróżnika. Całe szczęście! Opowie nam natomiast o tym, jakim specyficznym, fascynującym krajem jest ojczyzna Stalina, jakie fantastyczne potrawy i wina przed nami i jacy cudowni ludzie staną na naszej drodze. Mellerowie nie szczędzą nam jednak informacji o trudnej historii i – nie oszukujmy się – teraźniejszości tego kraju, ze wszystkimi jego wadami i zaletami opisują też tamtejsze życie codzienne. Jeśli ponad wielogodzinne wędrówki cenicie zabiegi w SPA, a zakupy w luksusowych butikach przedkładacie nad wizyty w rodzinnych domach znanych dyktatorów, być może Gruzja nie jest najlepszym pomysłem na wakacje. Jeśli jednak też chcecie zobaczyć miasto, w którym nadal znajdziecie obrońców „wielkości Stalina” i jeśli jedzenie chinkali do upadłego brzmi jak świetny pomysł na obiad, sięgnijcie po tę książkę i zacznijcie planować wyjazd.

 

_Podróżować znaczy żyć_

 

Sam Wasson, Piąta Aleja, piąta rano, Wyd. Świat Książki

Nie należę do tej osób uważających, że podróż życia musi odbyć się do Stanów Zjednoczonych, państwo to jest dość nisko na mojej Bucket List (może poza Alaską!), jednak karmiona książkami i filmami o Nowym Jorku, dałam się złapać na to, że czasami wracam myślami do planów schrupania Wielkiego Jabłka. Pomijając oczywiste punkty, takie jak muzea i galerie, bardzo chciałabym wziąć udział w jednym ze spacerów śladami ekranizacji Śniadania u Tiffany’ego Trumana Capotego z moją ukochaną Audrey Hepburn w roli głównej. Choć różnice między książką a filmem są naprawdę ogromne, mam wiele ciepłych uczuć do obu tych dzieł, a opracowanie Wassona jeszcze bardziej nakręca we mnie potrzebę odtworzenia kroków Holly Golightly. Nawet jeśli za nazwanie Marylin Monroe „kręcidupką” mam ochotę rzucić w niego rogalikiem. Na talerzu. Betonowym. Historia powstania Śniadania… została przez niego opisana jednak w taki sposób, że nie umiem myśleć o tej książce bez cienia zniecierpliwienia za podróżą, która jeszcze przede mną.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wyd. Czarne

Rumunia. Konia z rzędem osobie, która zapytana o najlepsze miejsce na wakacyjny wyjazd wymieni ten kraj. Czy reportaż Rejmer zmienia tę perspektywę i utwierdza nas w przekonaniu, że to państwo jest piękne i dopieszczone, a lato w Bukareszcie to luksus i najlepszy pomysł na świecie? Absolutnie nie. Wprost przeciwnie. W tej książce jest mnóstwo cierpienia, biedy, śmierci i strachu. Jednak spomiędzy tych opisów autorka kreśli nam obraz miejsc arcyciekawych, wartych poświęcenia im uwagi i poddaniu się refleksji nad tym, jakim państwem w zasadzie jest Rumunia. A już objazd po Transylwanii musi być czymś niezapomnianym! Jeszcze nie wiem, kiedy uda mi się zrealizować plan o tym wyjeździe, ale już dzisiaj wiem, jaką książkę na pewno spakuję do walizki.

A jak wygląda to u Was? Czy też macie lektury, które zainspirowały Was do konkretnego wyjazdu? A może dopiero planujecie takie wakacje?

Szerokiej drogi!

Ada

Paragon:

  1. Gaumardżos… – 34,90 zł
  2. Piąta Aleja… – 9,99 zł (promocja w dyskoncie)
  3. Bukareszt… – 0 zł (książka wypożyczona z biblioteki)

SUMA: 44,89 zł