Nowy Rok, stary blog

Nienawidzę postanowień noworocznych. Od razu mam przed oczami ten tłum, który zbiera się niczym szarańcza w każdej siłowni na świecie już drugiego stycznia, by po dwóch tygodniach zasypać się gradem wymówek. Oczywiście szanuję ten styl życia i absolutnie wyznaję zasadę fries before guys, ale to zbiorowe wpędzanie się w słomiany zapał i związane z nim poczucie winy uważam za jakąś zbiorową psychozę i w tym roku dojrzałam do tego, by pójść w ślady własnej matki (wołajcie egzorcystę!), która rokrocznie obiecuje sobie po prostu, że kupi sobie coś ładnego (i, trzeba przyznać, jest w tym ekspertką) i po latach zadręczania się odfajkowywaniem listy żądań wobec samej siebie tym razem zdecydowałam się wypisać sobie wszystko to, na co od dawna miałam ochotę, a w pogoni za idealnym zachowaniem/wydarzeniem/wyglądem/czymkolwiek jakimś dziwnym trafem zawsze brakowało mi na to czasu. Pomijając takie oczywistości jak częstsze chodzenie do teatru i planowanie podróży, obiecałam sobie jedną bardzo ważną rzecz: w 2019 roku nie dam się wpędzić w wir zaczytywania się nowościami i bestsellerami mediów społecznościowych, odkurzę za to półkę z klasykami i oddam się przyjemności obcowania z literaturą, bez której nasz świat byłby prawdopodobnie (jeszcze) gorszy.

Odkąd byłam małą dziewczynką, która siedząc w dwóch kiteczkach zaczytywała się wierszami Brzechwy i Tuwima, opowiadaniami o jeżach i myszkach, Pchłą Szachrajką i Martynką, miałam ogromny sentyment do wszelkich utworów, w których język jest gładki, kwiecisty, elegancki i nieco pompatyczny. Sama jestem nadmiernie egzaltowana i często popadam w patos (jeśli ktokolwiek nie zauważył), dlatego im więcej archaizmów i opisów zastawy stołowej, tym bardziej jestem zadowolona z efektu. Na pewnym etapie wbiegłam jednak w ten szaleńczy peleton „muszę być zawsze na bieżąco, bo inaczej świat upadnie” i zabrakło mi czasu na Dickensa, Jellinek, Dostojewskiego czy Żmichowską. Na szczęście już mi się nie wydaje, że zwykły śmiertelnik bez zmieniacza czasu jest w stanie czytać wszystko, co wchodzi do sprzedaży (bo – uwaga – nie jest, wiecie, ile książek pojawia się rocznie w księgarniach? No sporo.) i uznałam, że skoro tak, to ja sobie usiądę i doczytam Zolę, bo jego Germinal jest absolutnie wybitny i mam już dość ciągłego obiecywania sobie, że w końcu przeczytam  opasłe Dzieła wybrane  Zoli do końca. Po prostu zacznę to robić. A moimi przemyśleniami będę nadal dzielić się z Wami na Drodze.

close up of books on shelf
Photo by Suzy Hazelwood on Pexels.com

Piszę o tym bynajmniej nie dlatego, że domagam się podziwu dla mojego szalonego planu (bo bez przesady, proszę dalej kupować nowości dobrych wydawnictw, niech się zdrowo chowają i rosną w siłę), ale postanowienie to odciśnie się piętnem na treściach zamieszczanych na blogu – oczywiście nie zamierzam popadać w skrajną indolencję odrzucając wszystkie dzieła, o których będzie się mówiło i pisało z uwagi na ich ogromną wartość literacką, ale z pewnością ograniczę pogoń za nowymi tytułami na rzecz tych, o których nikt już nie pisze, bo przeszły do klasyki i powszechnie uważa się, że każda osoba doskonale je zna, jak również tych, o których z różnych powodów zapomniano, a które udało mi się wyszperać w antykwariacie lub w bibliotece (choć najprawdopodobniej na półce rodziców).

W polskiej blogosferze nie brakuje wyśmienitych osób piszących o książkach w sposób przemyślany, soczysty, zaangażowany, sama wielokrotnie zdecydowałam się sięgnąć po daną książkę po przeczytaniu entuzjastycznej opinii w internecie i jestem pewna, że mimo tego, że jest Was tu coraz więcej (za co ogromnie dziękuję!) nie zabraknie Wam źródeł informacji o świeżych perełkach na rynku wydawniczym, a do mnie nadal będziecie zaglądać choćby po to, by przeczytać moje malkontenckie wpisy o dziełach, które nie przetrwały próby czasu lub takich, w których poziom patriarchalnego wykluczenia nie pozwala mi na uznanie ich za zachwycające mimo niewątpliwych wartości literackich.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkie trójmiejskie księgarnie, które dotąd były regularnymi beneficjentami mojego nałogu czytelniczego – obiecuję powrócić, gdy tylko dokończę moją antologię Zoli i Szekspira wrócę do Was niczym najwierniejsza z wiernych fanek, a póki co po prostu będę Was polecać znajomym i krewnym (w tym miejscu pragnę polecić wszem wobec księgarnię Firmin znajdującą się w budynku Teatru Wybrzeże, gdyż lokowanie produktu nie musi być dyskretne).

Mam nadzieję, że mój plan nie zaważy na naszej książkowej relacji i nadal będziecie chętnie do mnie zaglądać (obiecuję nie ograniczać się do ogólników o klasykach, bo to nie zainteresowałoby nawet najwytrwalszych nudziarzy), bo wydaje mi się, że w rozpoczynającym się właśnie roku czeka nas wiele zaskoczeń i być może zaskakującego spojrzenia na te lektury, które teoretycznie wszystkie osoby znają, a tak naprawdę żadna z nich nigdy ich nie czytała. Dam znać, co warto nadrobić!

Zakurzone pozdrowienia

Ada

blur book stack books bookshelves
Photo by Janko Ferlic on Pexels.com

PS Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że za zaoszczędzone pieniądze najpewniej będę mogła kupić sobie pałac, więc wstępnie zapraszam na parapetówkę w bibliotece pełnej staroci! 😉

PS 2 Na Twitterze @BestReadPL zaczynamy właśnie akcję #12xKrótkaForma – co miesiąc wybieramy jedno opowiadanie, esej czy nowelę, które następnie będziemy wspólnie omawiać. Jeśli macie swoje konto na TT – ćwierkajcie z nami!

Reklamy

Za cicho!

Uwielbiam ten czas, w którym jeden fatalny rok dobiega końca i już mogę zacząć szykować się na kolejny, z pewnością równie udany. Z jednej strony nie mam chyba odwagi na robienie jakichkolwiek podsumowań mijających dwunastu miesięcy, z drugiej jednak chciałabym dodać swoje trzy grosze do setek rankingów i zestawień książkowych, jakimi zasypuje nas ostatnio internet. Wiele osób z pewnością lepiej ode mnie opowie Wam o tym, jakie książki osiągnęły w tym roku szczyty popularności i które z nich naprawdę zasłużyły na swoje miejsce na liście bestsellerów, dlatego pozwólcie, że dzisiaj napiszę kilka słów o tych lekturach, które stanowczo powinny przykuć Waszą uwagę, a które z jakichś powodów nie doczekały się należytej kampanii promocyjnej. Przeskoczmy więc główny regał w księgarni i zajmijmy się przez chwilę mniej znanymi perełkami wydanymi w 2018 roku.

  1. Znowu pragnę ciemnej miłości, pod red. Joanny Lech, Wyd. WAB

    Antologia polskiej poezji miłosnej z pewnością nie jest pozycją, po którą tłumnie ruszamy do księgarni, nie oszukujmy się. A niesłusznie! W Znowu pragnę… obok wierszy M.Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej czy H. Poświatowskiej znajdziemy utwory J. Mansztajna i T. Różewicza, wszystkie naprawdę wyśmienicie wybrane przed Joannę Lech. Z jednej strony w swojej redakcyjnej pracy doskonale wyważyła poziom erotyki i sensualności, uczuć skrajnych i letnich, przebrzmiałych, z drugiej jednak nie mogę nie zauważyć, że dobór twórców i twórczyń jest osobliwy – momentami czułam, że wręcz nie na miejscu jest zaszeregowanie pewnych poetów tuż obok wybitnej Poświatowskiej. Mimo to, w narastającej (choć ciężko nie zauważyć, że wywołanej lekkim snobizmem) fali wydawania tomików poezji, ten uważam za wyjątkowo udany – sięgnijcie po niego bez względu na to, jakie są Wasze doświadczenia z poezją. Zachwycajcie się śmiało klasyką, odkrywajcie nowe twarze, uśmiechnijcie się do przepięknej okładki (choć zaklinam, nie idźcie tropem twitterowej „recenzentki” chwalącej się, że okładka i jej instagramowość były głównym powodem zakupu). Bo dlaczego nie?

    white ceramic teacup with saucer near two books above gray floral textile
    Photo by Thought Catalog on Pexels.com
  2. Czerwony głód, Anne Applebaum, Wyd. Agora

    Do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wydawnictwo tak szybko zakończyło promocję tej książki – kampanię rozpoczęto z przytupem, na spotkaniu autorskim w Gdańsku zabrakło nawet egzemplarzy na sprzedaż, bo frekwencja przekroczyła najśmielsze wyobrażenia organizatorów, a mimo to  bardzo szybko informacje o sprzedaży przestały się pojawiać w szerszym obiegu i dalsza część promocji oparła się niemal wyłącznie na dorobku autorki – choć rzeczywiście, jak mierzyć się z prestiżem nagrody Pulitzera? Oddaję jednak sprawiedliwość – kampania nie była długa, trudno jej natomiast odmówić skuteczności i profesjonalizmu (szczególnie w porównaniu do pewnego amerykańskiego wydawnictwa, którego nazwę przez litość przemilczę, które tę książkę o Wielkim Głodzie na Ukrainie postanowiło włączyć do działu „rolnictwo”). Jeśli umknęło Wam pojawienie się tej pozycji na naszym rynku, pozwólcie, że podam Wam trzy powody, dla których warto po nią sięgnąć. Po pierwsze – jest wyśmienicie napisana, rzadko kiedy opracowanie historyczne czyta się tak sprawnie i w mało którym twarde dane przedstawione są w tak płynny sposób. Po drugie – historia Hołodomoru jest absolutnie okrutna i przerażająca, stanowi jednak elementarny punkt wyjścia do próby zrozumienia najnowszej historii naszych wschodnich sąsiadów. Wreszcie po trzecie – Anne Applebaum jest wybitną znawczynią Europy Środkowo – Wschodniej, a jej prace na ten temat są każdorazowo majstersztykiem. Czerwony głód nie jest tu wyjątkiem. Dla osób interesujących się historią – pozycja obowiązkowa.

  3. Berezowska. Nagość dla wszystkich, Małgorzata Czyńska, Wyd. Czarne

    Czuję, że już pojawiła się w Was lekka obawa, że tym razem nie napiszę nic o żadnej książce z Wołowca – uspokajam, przygotowałam się! Miałam przyjemność otrzymania swojego egzemplarza biografii Mai Berezowskiej jeszcze przed premierą, byłam wręcz zaskoczona tym, jak bardzo mi się spodobała, czekałam na wielki szał promocyjny, a tu… cisza. Oczywiście widziałam informacje o spotkaniach autorskich, jedno z nich nawet odbyło się tuż obok mojej pracy (choć mogłam tylko pomachać znad biurka wszystkim osobom zgromadzonym), ale stanowczo uważam, że ta historia zasługuje na większy rozgłos! Uwielbiam odkopywanie biografii zapomnianych nieco twórczyń, naukowczyń czy działaczek i nadawanie im nowego blasku, dlatego wspomnienia po genialnej polskiej rysowniczce, która gorszyła przedstawicieli wszystkich epok, w których dane jej było tworzyć, uważam za coś wspaniałego. Malowanie aktów a obozie koncentracyjnym? Owszem. Nagość w ilustracjach prasowych w socrealizmie (w którym przecież nikt seksu nie uprawiał, bo trzeba było wyrabiać 200% normy)? Jak najbardziej. Styl życia bohemy? Oczywiście. Od dawna nie czytałam biografii przepełnionej takim uznaniem dla artystki, a jednocześnie całkowicie pozbawionej czołobitności. Dodatkowe oklaski ślę do redakcji, bo widać mądrą pracę włożoną w to, by ta książka pod każdym względem była doskonale dopracowana. Piękny hołd dla Berezowskiej, ogromnie polecam.

1ada.jpg

Z pewnością mogłabym napisać jeszcze o dwudziestu innych tytułach, które nie zdobyły takiego rozgłosu, jakiego bym im życzyła – wiem też doskonale, że te trzy, o których napisałam, nie zostały zupełnie pozostawione same sobie, a działy promocji nie czekały bezczynnie aż czytelnicy i czytelniczki same przyjdą do księgarni. Mimo to jest w polskiej promocji czytelnictwa i literatury jako takiej coś okropnie zmanierowanego, małego, co pozwala na trwanie w ułudzie, że wykupione miejsca na liście bestsellerów pewnego dużego dystrybutora mają narzucać nam pogląd na książki i wyznaczać kolejne pozycje na naszej czytelniczej liście. Im bliżej jądra tego śmiesznego spektaklu jestem, tym chętniej wspieram rozmaite oddolne inicjatywy – czy to po prostu zostawiając komentarz pod postem o nieszczególnie promowanej pozycji, czy to włączając się w takie działania jak rozwój platformy Best Read, której inicjatorka twardą (choć sprawiedliwą) ręką domaga się zamieszczania recenzji płynących wyłącznie z głębi naszych czytelniczych serduszek. Bez względu na to, ile książek czytacie, jakie gatunki są Wam najbliższe i dlaczego, w nadchodzącym roku życzę Wam dużo trafionych łupów w księgarniach i antykwariatach, a przede wszystkim trzymam kciuki za to, by nie przyszło Wam nawet do głosy rezygnowanie z sięgania po to, co Was rozwija i sprawia Wam radość tylko dlatego, że w dużym sklepie ktoś ułożył modne tytuły według narzuconego klucza, a Wasza upatrzona książka znalazła się na samych tyłach lokalu, gdzieś na linii podłogi. Nie dajcie się wciągnąć w tę śmieszną grę, nie warto (w tym momencie pogrzebałam szanse na to, że jakiekolwiek wydawnictwo kiedykolwiek mnie zatrudni, ale trudno, najwyżej założę własne).

Wszystkiego dobrego!

Ada

Paragon:

  1. Znowu pragnę… – 34,99 zł
  2. Czerwony głód – 0 zł (prezent urodzinowy (nie żartuję, sama chciałam ;)))
  3. Berezowska – 0 zł

    SUMA: 34,99 zł

Co czytać przy choince?

Mam nadzieję, że równie mocno jak ja cieszycie się na to, że po latach błota czeka nas w końcu biała końcówka grudnia, więc zza blasku choinkowych lampek będzie można oglądać przyprószone puchem drzewa. Dla tej części z Was, która nie mieszka w Trójmieście – mam nadzieję, że w Waszej okolicy jest równie pięknie! Być może do końca świątecznego okresu nie musicie wychodzić już do pracy (mnie czeka jeszcze wigilijne spotkanie z papierami), a to stwarza doskonałą okazję do tego, by między pieczeniem makowca a strojeniem wigilijnego stołu sięgnąć po książkę – jeśli nie wiecie, co będzie najlepszym wyborem, oto wchodzę ja, cała na biało. I polecam!

have a very merry christmas greeting card
Zdjęcie by rawpixel.com on Pexels.com

 

 

  1. Opowieść wigilijna, Charles Dickens, Wyd. Prószyński i S-ka

Kiedy pozwolić sobie na spotkanie z tym klasykiem, jeśli nie w czasie Bożego Narodzenia? Opowieść wigilijna jest dla mnie odpowiednikiem oglądania Kevina – Święta bez Opowieści… to nie Święta, a ten wieczór bez Ebenezera jest jak wyrzucenie choinki przez okno. Uwielbiam język Dickensa, a samo poczucie, że nawet w największym malkontencie i okrutniku drzemie cząstka ciepła i człowieczeństwa, którą mimo wszystko można obudzić, podnosi mnie to na duchu (nomen omen) za każdym razem. Szczególnie mocno, odkąd nienawiść, chamstwo i prostactwo wylewa się w internecie pod niemal każdym wpisem. Książki takie jak ta ratują wtedy moje zdrowie psychiczne, zróbcie więc prezent swoim głowom i sięgnijcie po tę lekturę!

  1. Ósme życie, Nino Haratischwili, Wyd. Otwarte

To nie jest lekka lektura. Nie wprawi Was w nostalgiczny nastrój ani nie sprawi, że poczujecie się błogo. Dlaczego więc warto sięgnąć po nią właśnie w Święta? Dlatego, że to książka wybitna, a zwolnienie tempa pozwoli Wam dobrze wgryźć się w historię jej bohaterek i bohaterów. Haratischwili prowadzi nas przez ponad sto lat dziejów gruzińskiej rodziny, zarówno ich rozterki miłosne, wewnętrzne, jak i ich miejsce w zawirowaniach historii, która tak okrutnie obeszła się z Gruzją. Wbrew pozorom to nie jest jednak powieść, która zepsuje Wam Święta całkowicie rujnując humor – to trudna, ale piękna i wzmacniająca saga, która nie szczędzi nam bardzo ciężkich przeżyć, ale ostatecznie zostawia w poczuciu, że czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielka siła może drzemać w człowieku. Ósme życie trafiło w moje ręce, gdy czułam, że tej siły zaczyna mi brakować, utożsamiałam się dość mocno z kilkoma bohaterkami. I wiecie co? Podobnie jak one, udało mi się tę wolę walki w sobie odnaleźć. Być może stąd mój ogromny sentyment do tej pozycji?

 

  1. Obcy we własnym domu. Gniew i żal amerykańskiej prawicy, Arlie Russel Hochschild, Wydawnictwo Krytyki PolitycznejJeśli propozycja czytania w chrześcijańskie święto książki lewicowego wydawnictwa to dla Was za dużo, możecie śmiało przejść do punktu 4, choć osobiście polecam Wam papierową torebkę, wdech i wydech (powoli!) i doczytanie tego akapitu – Obcy… to bowiem tak dobra książka, że bez względu na Wasz światopogląd naprawdę, naprawdę warto po nią sięgnąć! Przede wszystkim – nie trzeba być orłem metafory, by przenieść sobie jej elementy na nasze polskie poletko, konflikt południa z północą jest porównywany z naszym podziałem wschód – zachód. Do tego to po prostu wyśmienicie napisana książka, kawałek doskonałego badania wykładowczyni z Berkeley, która jako jedna z nielicznych lewicujących badaczek wyrwała się z bańki samozadowolenia i poczucia wyższości (tak, polska lewico, na Ciebie patrzę) i pojechała w teren, by porozmawiać z ludźmi i spróbować zrozumieć ich wybory. Dlaczego mieszkańcy i mieszkanki najbardziej zatrutych stanów wybierają na swojego prezydenta człowieka, który wprost mówi o tym, że zatruwanie ich okolicy powodowany jest dobrem wyższym? Dlaczego nie poprali kandydatki, która proponowała odejście od tego procederu? Co w ogóle myślą o swojej roli w państwie? Jakimi wartościami się kierują i dlaczego? Jedna z najlepszych książek socjologicznych, jakie w życiu przeczytałam. Może Boże Narodzenie to dobry czas na zrozumienie ludzi o innych poglądach? Dzięki zestawieniu opinii autorki z uwagami bohaterów i bohaterek, odpowiedź na to pytanie odnajdziecie bez względu na to, po której stronie sceny politycznej biją Wasze serca. Do dzieła!

choinka2

  1. Twoja ulubiona książka, Wyd. Bez różnicyPropozycje propozycjami, ale nie zapominajcie, że okres świąteczny to doskonały czas na to, by po prostu odpocząć i zadbać o siebie. Jeśli najbardziej lubicie czytać kryminały, a najlepiej odpoczywacie przy powieściach obyczajowych – droga (czytania) wolna! To nie jest czas, w którym koniecznie musicie rozwijać się i dbać o to, by stosik książek do przeczytania szybko się rozluźnił. Zwolnijcie, zjedzcie sernik, zróbcie sobie grzańca i czytajcie, oglądajcie i róbcie to, na co tylko macie ochotę. Idźcie do kościoła albo na spacer, przebiegnijcie dwadzieścia kilometrów albo zakopcie się z pierogami pod kocem. Przytulcie kota, dziecko czy mamę. I nie martwcie się, magia świąt we wszystkim Wam pomoże!

Wesołych Świąt, udanego wypoczynku i dużo radości!

Ada

Paragon:

brak, elfy Mikołaja na pewno o Was zadbają 😉

PS Święta to oczywiście dla niektórych czas religijnej zadumy, dla innych po prostu okazja do odpoczynku i zajadania się makowcem. Dla wszystkich osób to jednak okazja do tego, by podzielić się sercem i okazaniem wsparcia innym. Jeśli chcesz pomóc, ale nie wiesz, jakie organizacje wybrać, pozwól, że Ci pomogę!

A. Centrum Praw Kobiet – jeśli śledzicie mnie na Twitterze (@AdriannaHalman), to wiecie doskonale, że darzę CPK szczególna miłością – szkoliłam się tam, jakiś czas temu pomagałam też gdańskiemu oddziałowi zapanować nad archiwum (i kto powiedział, że bycie organizacyjnym upierdliwcem nie pomaga w życiu, hę?). Pracownice i wolontariuszki Centrum pomagają kobietom i dziewczynkom doznającym przemocy domowej, fizycznej, seksualnej, ekonomicznej. Pomagają im walczyć o swoje prawa w sądzie i o swoje zdrowie psychiczne w gabinetach psychologicznych. Wielka, wielka praca, jaka jest przez nie wkładana w realną, niezwykle potrzebną pomoc nie jest jednak wspierana przez państwo, które pomaganie ofiarom przemocy uważa za fanaberię i dyskryminację (wesołych świąt, panie ministrze) i choć wiem, że wszystkie aktywistki CPK gotowe są nadal robić to za darmo (choć wolałabym, by za swoją wycieńczającą psychicznie i fizycznie pracę otrzymywały godne wynagrodzenie), brakuje też im środków choćby na utrzymanie lokalu. Nie pozwólmy, by musiały zakończyć działalność. Tysiące kobiet potrzebują tej pomocy. I nigdy nie wiemy, czy aby żadna z nas, naszych sióstr, przyjaciółek, mam czy sąsiadek nie będzie musiała zapukać do ich drzwi. Oby nigdy nie pocałowała klamki. Klik

B. Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek – gdańska organizacja wspierająca osoby, które z różnych powodów musiały opuścić swój ojczysty kraj. Jeśli ten czas jest dla Ciebie okresem religijnej zadumy, przypomnij sobie historię Józefa i Maryi, którzy nie mogli znaleźć schronienia, przez co bezbronne dziecko przyszło na świat w stajence. Jeśli biblijna przypowieść nie jest dla Ciebie żadnym wyznacznikiem, zastanów się tylko, czy uważasz, że jakikolwiek bobas zasługuje na to, by dorastać w kartonie? No właśnie. CWII czeka na Twoją pomoc! Klik

C. Dwutygodnik – jeśli zależy Ci na tym, by dołożyć swoją cegiełkę do wspierania niezależnej kultury, zainteresuj się losem tego portalu – kilka lat temu wspólnie udało nam się uratować Polski Instytut Wydawniczy, więc mamy już know-how i możemy zdziałać (świąteczne) cuda! Do dzieła! Klik 

santa claus plush toy
Zdjęcie by Daniel Reche on Pexels.com

 

Loża szyderców im. J. Austen. Wpis urodzinowy

Jedną z najbardziej rozgrzewających moje serce obserwacji dokonywanych w trakcie lektury jest doszukiwanie się motywów równościowych, feministycznych w starych książkach i opracowaniach. O ile bowiem nie dziwi mnie podnoszenie tych kwestii jako naturalnych elementów rzeczywistości XXI wieku, o tyle te subtelne mrugnięcia do odbiorców i odbiorczyń w historiach spisanych sto czy dwieście lat temu całkowicie mnie rozczulają i sprawiają, że mam ochotę przyznać tym tytułom brokatowy laur. Mogłabym godzinami rozmawiać o tym, które pisarki należą do moich ukochanych i które z nich absolutnie wyprzedzały ducha epoki (i robiłabym to, gdyby ktokolwiek chciał tego słuchać, nie oszukujmy się), ale klasyk się nie myli – królowa jest tylko jedna. I nazywa się Jane Austen. Tak się składa, że jutro obchodziłaby swoje urodziny. Z tej okazji nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam moje trzy ukochane książki jej pióra – zapraszam na spacer po angielskich posiadłościach!

  1. Duma i uprzedzenie, Wyd. BellonaWybór pierwszego miejsca był tak oczywisty, że aż mi trochę wstyd, że popadam w taki banał. Nie umiem jednak odmówić sobie przyjemności opowiedzenia Wam, jak wspaniałą satyrą i obrazem angielskiego ziemiaństwa jest ta historia – lekko cyniczna, a nade wszystko bystra, dumna i troskliwa Lizzie obserwuje lokalną społeczność i dowcipnie, choć stanowczo stara się w miarę możliwości samodzielnie kierować swoim życiem, bez ulegania presji otoczenia i własnej matki. Przewijający się przez całą powieść motyw jej spotkań z pozornie gburowatym panem Darcym (który wygląda jak Colin Firth, a jeśli się z tym nie zgadzacie, to po prostu nie macie racji) teoretycznie mógłby sprawić, że Duma… znalazłaby swoje miejsce na półce z romansami, byłoby to jednak głęboko krzywdzące dla całego utworu – Austen wspięła się na wyżyny finezji i literackiego sznytu pisząc tak zaskakującą, głęboko przemyślaną i momentami arcyzłośliwą satyrę, która trafnością opisu ówczesnej klasy wyższej w Anglii mogłaby pokonać niejedno naukowe opracowanie. Jeśli macie przeczytać tylko jedną książkę tej autorki, niech będzie to właśnie Duma i uprzedzenie, choć jestem przekonana, że po tej lekturze nabierzecie ochoty na więcej…
  2. Rozważna i romantyczna, Wyd. Wordsworth Editions (wersja oryginalna)To chyba jedyna książka Jane, z którą przygodę zaczęłam od… obejrzenia ekranizacji. Z jakiegoś powodu nie miałam wcześniej okazji, by usiąść do tej historii, a gdy na ekranie pojawiają się Emma Thompson, Kate Winslet i Hugh Grant oraz nieodżałowany Alan Rickman, to nie ma takiej siły, która przekona mnie, że najpierw muszę przeczytać książkę, bo pożałuję tego seansu. Absolutnie nie pożałowałam. Pokocham ten film całym sercem, bardzo szybko postanowiłam więc nadrobić zaległości w lekturze i… utwierdziłam się w tej miłości. Eleonora jest jedną z tych bohaterek, z którymi czuję silną więź, kibicowałam jej przez cały czas i szczerze nienawidziłam osób, które regularnie rzucały jej kłody pod nogi. Pani i panny Dashwood szukające swojego miejsca na Ziemi po stracie ukochanego człowieka to historia pięknie pokazująca siłę kobiet, które na różne sposoby próbują radzić sobie z problemami. To jedna z tych książek, która wzmacnia i otula niczym kocyk, ogromnie polecam zarówno pierwsze spotkanie z nią, jak i częste powroty. Bez względu na to, czy w życiu kierujecie się sercem czy rozumem. Pod koniec lektury i tak dowiecie się, dlaczego ten podział jest tylko pozorny i w sumie bez większego sensu.
  3. Opactwo Northanger, Wyd. PIWZ tą książką miałam trudną relację, przez jakiś czas myślałam nawet, że najpewniej napisała ją jakaś mniej zdolna przyjaciółka Jane, a Austen dobrodusznie zgodziła się podpisać ją (książkę, nie przyjaciółkę) swoim nazwiskiem. Nie przesadzam, wynudziłam się niemiłosiernie i nawet nie doczytałam jej przy pierwszym podejściu, co nie zdarza mi się zbyt często. Nie wróciłam do niej, bo nie miałam ani ochoty ani nawet swojego egzemplarza, kiedy jednak kilka miesięcy temu znalazłam Opactwo… w antykwariacie uznałam, że może czas się przeprosić. Z nieco negatywnym nastawieniem wróciłam do tego tekstu i muszę przyznać, że uderzyłam się w pierś, nie rozumiem, dlaczego ta książka wcale mi się nie podobała! Nie wierzę, że tłumaczenie wcześniejszego wydania było aż tak kiepskie, że całkowicie mnie odrzuciło. Najważniejsze jednak, że powrót do tej lektury był jedną z najmilszych literackich przygód, jakie zdarzyły mi się w tym roku, a główny czarny charakter wskoczył na moje podium „osób, których wysiedlenie na Antarktydę nie byłoby znowu takim złym pomysłem”.

    jane

    Jeśli szukacie książki z mądrymi bohaterkami kobiecymi – czytajcie Jane Austen. Jeśli natomiast szukacie dobrej angielskiej satyry – czytajcie Jane Austen. Jeśli zastanawiacie się, co poprawi Wam humor – czytajcie Jane Austen. O, a jeśli chcecie rozsmakować się w bystrym dowcipie i pięknym języku – tak, czytajcie Jane Austen. A gdy czujecie, że wszystko jest szare, praca męczy, ludzie denerwują, a pogoda domaga się ofiar – czytajcie Jane Austen. Z jakiegoś powodu nawet najstraszniejsze, najsmutniejsze i najtrudniejsze fragmenty jej książek zostawiają nas z poczuciem błogości w sercu. Nie wierzycie? Czytajcie Jane Austen.

    Paragon:

    1. Duma i uprzedzenie – 29,90 zł
    2. Rozważna i romantyczna – egzemplarz z bookcrossingu
    3. Opactwo Northanger, antykwariat BookBook (Gdańsk, ul. Dmowskiego) – 6 zł

    SUMA: 25,90 zł. Moja biblioteczka naprawdę reprezentuje biedę.

     

Przyjmuję wyzwanie! Moje czytelnicze miłości

Od kilku tygodni na Facebooku trwa zabawa polegająca na rzucaniu swoim znajomym wyzwania „wskaż najważniejsze książki swojego życia”. Zasada jest prosta – przez kilka  codziennie dodajemy jeden tytuł, który szczególnie wpłynął na nasze życie. Sama dostałam już kilka takich nominacji, ale z uwagi na średnie siły przerobowe o swoich ukochanych lekturach mogę napisać dopiero teraz. Julio, Aniu, Zuzo, Basiu – przepraszam za opóźnienie i nadrabiam zaległości!

  1. „Ania z Zielonego Wzgórza”, L. M. Montgomery

    Kochałam Anię tak bardzo, że w zasadzie do dzisiaj nie zarzuciłam planu odwiedzenia kiedyś Wyspy Księcia Edwarda. Ciepło i mądrość bijące z tej książki zawsze otulały mnie niczym kołderka i bez względu na to, co akurat działo się w życiu Ani, kibicowałam jej i czułam w niej siostrzaną duszę. Łączyła nas marzycielska natura i miłość do książek, pisania czy przyrody, ambicja, zadziorność i pracowitość. A o tym, że Ania była też jedną z pierwszych feministek, pisałam tutaj.

  2. „Zabić drozda” H. Lee

    Atticus do dzisiaj jest moim ulubionym książkowym prawnikiem – gdy przez pewien czas myślałam o tym, by pracować w todze, wiedziałam, że to jego sposób pracy i podejścia do ludzi powinien być moim drogowskazem. Z czasem plany się zmieniły, ja się zmieniłam, ale „Zabić drozda” nadal pozostaje jedną z najważniejszych lektur w moim życiu. O szacunku i równości, o myśleniu ponad stereotypami, o czułości i wrażliwości na drugiego człowieka, ale również o niesprawiedliwości i o tym, jak okrutni potrafią być ludzie. Często do niej wracam i za każdym razem porusza mnie tak samo.

    zabic drozda
    Źródło: antykwariat.waw.pl
  3. „1984” G. Orwell

    Pozycja tak oczywista, że nawet nie wiem, czy jest sens uzasadniać ten wybór. Geniusz w czystej postaci.

  4. „Dzienniki” A. Osiecka

    Gdyby nie to, że w chwili śmierci Agnieszki Osieckiej byłam już w przedszkolnej grupie motylków (czyli sprawa była już poważna), byłabym skłonna uwierzyć, że w poprzednim życiu byłam właśnie nią. Rzadko się zdarza, by w de facto zupełnie obcej osobie odnaleźć dokładnie swoją wrażliwość, uważność na słowo i trudną, ale jednak wielką miłość do ludzi. Tyle łez uroniłam nad jej tekstami, tyle razy czułam ból wczytując się w jej dzienniki… Całe szczęście, że tak wiele notatek się zachowało i zostało wydanych.

  5. „Rozważna i romantyczna” J. Austen

    Och, ale jak to? Romans jedną z najważniejszych książek w życiu? No Ada, co ty? Bardzo fajnie, sprowadzajmy dalej twórczość Jane Austen do poziomu romansideł, a wszyscy trafimy do Huffelpuffu. Tymczasem wszystkie jej książki to doskonałe satyry, bezwzględne obśmianie snobizmu i wytknięcie szeregu nierówności, którymi patriarchalnie pojmowana tradycja krzywdziła kobiety, osoby „z nieprawego łoża”, osoby uboższe czy po prostu „niewłaściwie” urodzone. Gdybym była tak bystra jak Jane i umiała tak pisać, to wszystkie osoby wokół mnie stale musiałyby mieć się na baczności. Na szczęście jesteście bezpieczni/e.

  6. „Eichmann w Jerozolimie” H. Arendt

    Hannah Arendt jest jedną z moich ulubionych filozofek, a jej praca o procesie Eichmanna powinna być nie tylko lekturą obowiązkową na studiach prawniczych i filozoficznych, ale bardzo poważnie zastanowiłabym się nad umieszczeniem jej w kanonie lektur w szkole średniej. Tak krytyczne i odważne podejście do tematu, tak wytrwała obrona swojego stanowiska i umiejętność przeciwstawienia się swojemu nauczycielowi i mentorowi zasługują na najwyższe uznanie. Do tego, o rany, jak ta kobieta pisała! W jej tekstach nie ma zbędnych słów, tam wszystko jest w punkt i bez owijania w bawełnę. I tylko szkoda, że w polskich księgarniach i bibliotekach jest jej tak mało.

  7. „Siostra outsiderka” A. Lorde

    Długo zastanawiałam się, który z klasyków literatury feministycznej jest moim ulubionym i paradoksalnie mi, białej heteroseksualnej Polce najbliżej jest chyba do publikacji czarnoskórej amerykańskiej lesbijki. Jeśli właśnie Wasz wskaźnik multi kulti nie wyleciał w powietrze, wyjaśniam – Audre Lorde chyba najlepiej pisała o feminizmie dla wszystkich, nie tylko dla wykształconych białych kobiet z klasy średniej. Pisała o tym, na jak wiele sposobów bywała wykluczana i jak bardzo było to przecież sprzeczne z ideałami feminizmu rozumianego jako uznanie równości wszystkich ludzi. „Siostra outsiderka” wpadła w moje ręce, gdy sama bardzo aktywnie działałam na rzecz praw kobiet, tym boleśniejsza była dla mnie refleksja nad tym, jak szczelną bańką otaczają się polskie feministyczne kluby kanapowe. Lekturę tę dedykuję wszystkim działaczkom, które z pięknymi sloganami na ustach dyskryminują i wykluczają te kobiety, które nie wpisują się w Waszą wizję „prawdziwej feministki”. Pod rozwagę!

    siostra outsiderka.jpg
    Źródło: http://www.czarnaowca.pl

     

  8. „Wesele” S. Wyspiański

    Kto „Wesela” nie czytał, ten ignorant, a kto nie zrozumiał, ten pajac (uuuu, klasizm czy nic?). W polskiej literaturze nie brakuje dzieł wybitnych, ale tak doskonale opisać przekrój polskiego społeczeństwa nie umiał nikt inny. Chochoł i jego „Miałeś, chamie, złoty róg, / miałeś, chamie, czapkę z piór, /czapki wicher niesie, / róg huka po lesie, / ostał ci się ino sznur, ostał ci się ino sznur” powinno się znać i rozumieć lepiej niż tę nieszczęsną Inwokację z „Pana Tadeusza” (każda okazja do szkalowania polskiego romantyzmu nie może zostać przeoczona, a tak poważnie – nie lobbuję za usunięciem Inwokacji z listy tekstów, które znać wypada, po prostu dodałabym do niej fragmenty „Wesela”), a rozmowa Stańczyka z Dziennikarzem powinna stale rezonować w głowie każdej osoby, która zamierza zawodowo zajmować się dziennikarstwem. Przez litość nie napiszę nic o tym, jak zabawne było narodowe czytanie tego dzieła przez wybranych polityków. No, ale my tu „gadu gadu, stary dziadu”, a trzeba iść czytać.

  9. „Wilk stepowy” H. Hesse

    Arcymistrz słowa. „Wilk stepowy” dotyka człowieka tak, że aż boli, ale chwilę później działa jak najlepszy balsam dla duszy. A scena z Mozartem to szampan, kawior i „Wesele Figara” pod batutą Kleibera w jednym.

  10. „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” J. K. Rowling

    Zaczynam i kończę historią o nastolatce, bo tak, „Harry Potter” to dla mnie przede wszystkim Hermiona i jej ambicja, wiedza, talent, aktywizm i sarkazm. O niej również pisałam w tym wpisie, ale nie odmówię sobie przyjemności przypomnienia, jak bardzo kocham tę młodą czarownicę, która grała pierwsze skrzypce w ratowaniu świata czarodziejów i czarodziejek, a przy okazji próbowała wyrwać z niewoli skrzaty domowe i jak najlepiej zdać egzaminy w Hogwarcie. Jeśli macie wątpliwości co tego, jak ważna jest to postać dla popkultury, przypomnę tylko, że w czasie słynnego Marszu Kobiet w Stanach Zjednoczonych szły całe zastępy małych dziewczynek, które niosły transparenty z hasłami potwierdzającymi, jak bardzo ta heroina jest potrzebna i jak ogromny wpływ na działania młodych ludzi mogą mieć świetnie napisane postaci kobiece. J.K. Rowling, dziękuję!

    mugol

Oczywiście to zestawienie nie wyczerpuje listy wszystkich ważnych książek, nie zmieściły się w nim choćby „Przeminęło z wiatrem”, „Trędowata”, „Noce i dnie” książki Agathy Chrstie, Małgorzaty Musierowicz, Simone de Beauvoir czy Sylwii Chutnik. No i wielu innych wspaniałych pisarzy i pisarek, których książek nie umiem zdjąć z półki i przekazać innym. Bo lubię mieć je blisko.

Czytelnicze paranoje

Kilka tygodni temu Biblioteka Narodowa opublikowała wyniki badań, których zadaniem było zmierzenie poziomu czytelnictwa w Polsce w 2017r. Trzeba przyznać, że niemal natychmiast wybuchła jakaś ogólnokrajowa histeria. Podniosły się głosy pełne przerażenia, pojawiły się apokaliptyczne wizje upadku społeczeństwa. Przede wszystkim jednak zalała nas fala komentarzy pękających od nadmiaru samozachwytu i poczucia wyższości tych, który w ubiegłym roku przeczytali dwie książki i więcej. W końcu zgodnie z opinią BN, stali się elitą. I wiecie co? Strasznie się z tego śmieję. A teraz napiszę Wam, dlaczego.

Czytam naprawdę sporo, w zasadzie nie ma dnia, żebym nie przeczytała choć kilkudziesięciu stron, jest bardziej prawdopodobne, że zapomnę z domu telefonu niż książki, a mój kopiec mola musiał zostać podzielony na kilka rzędów, bo istniało ryzyko zawalenia. Czasami myślę jednak, że mogłabym iść na jakiś rekord, co dwa dni chwalić się w mediach społecznościowych nowym tytułem i absolutnie wymiatać we wszystkich rankingach. Wrzucać na Instagram pastelowe zdjęcia z piękną okładką i donutem, załatwić sobie dwa boty (to tak działa? mój mózg odmawia zapamiętania mechanizmu działania tego zjawiska) i chwalić się na prawo i lewo, że nie jestem statystyczną Polką, bo lubię czytać książki i w ogóle gardzę pospólstwem, które – hehe – ogląda durne, polskie seriale. Nie to co ja, intelektualistka. Mogłabym tak robić, a co! Uniemożliwia mi to jednak przyzwoitość, szacunek do ludzi i cóż, no tak, miłość do czytania.

Bardzo mnie bawią komentarze pisane z piedestału „ja, wielki czytelnik, powiem wam, plebsowi, jak bardzo wami gardzę, bom przeczytał trzydzieści książek w 2017” – rzeczywiście, nic tak dobrze nie działa na budowanie wizerunku miłośnika literatury jak pokazanie, jak wielkim jest się bucem. Gratulacje! Ironiczny uśmiech budzą też we mnie pełne przerażenia opinie „wszyscy wyginiemy, Polacy nie czytają, do czego świat zmierza, kiedyś to były czasy!”. Nie wiem, o jakich czasach mowa i jak dawno było to „kiedyś”, ale to nie jest pierwszy rok, w którym wyniki tych badań stoją na takim poziomie – w stosunku do 2016r., zmieniły się one o jeden punkt procentowy, więc nie rozumiem zaskoczenia. Jest też trzecia grupa, wypieraczy, którzy konsekwentnie idą w zaparte, że nie czytają i czytać nie będą, bo nie mają czasu na książki, bo w przeciwieństwie do innych (kimkolwiek nie byliby ci „inni”) ciężko pracują. Witam w świecie dorosłych ludzi – pracujemy (czasami na dwóch etatach), uczymy się, mamy swoje rodziny, kredyty, choroby. Istnieje ogromna paleta cech, które czynią każdą osobę wyjątkową, ale spędzanie wielu godzin w pracy naprawdę się do niej nie zalicza. Byłoby wspaniale, gdyby każdy miał ukochane zajęcie, na którym spędza dokładnie tyle czasu, ile chce, ale niestety często tak nie jest. Wiem, co mówię, bo sama pracuję na etacie, uczę się, miesiąc zaczynam od opłacenia szeregu należności, od czterech lat choruję na depresję, a do tego mieszkam „na dwa domy”, które znajdują się w dwóch różnych miastach, więc do wszystkich tych wspaniałości dochodzą niezliczone godziny spędzone na dojazdach. I uwaga, czytam. I żyję. I nie szukam wymówek. I jeszcze się zapisałam na siłownię. I co? Nadal nie masz czasu na te pięć stron książki dziennie? Nie chcesz, nie czytaj, ale nie używaj argumentu „tylko nieroby mają czas na lekturę”, bo to strasznie niemądre.

mugol
Źródło: Pinterest

Dobrze, ale zostawmy malkontentów. Wróćmy do moich ulubionych samozwańczych mentorów czytelniczych żyjących w przekonaniu, że jeśli odhaczyli w ciągu roku sto książek, to mogą wszystkich pouczać, jak należy żyć. Tu otwierają się wrota do piekła, a w zasadzie piekiełka. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że czytanie czegokolwiek ma swoje dobre strony – to takie uspokajające, relaksujące zajęcie, które dodatkowo ćwiczy pamięć i pozytywnie wypływa na nasze słownictwo i styl mówienia. Jednak sięganie wyłącznie po kiepskie kryminały (bez nazwisk), egzaltowane romanse, poradniki (to nawet nie są książki!) czy powieści bez fabuły i sensu, to nie jest jakiś imponujący fundament. Czy coś komuś mówi wyrażenie „jakoś, nie ilość”? Niezmiennie bawi mnie mierzenie poziomu czytelnictwa poprzez liczenie, ile książek zostało wypożyczonych czy kupionych. Pominę już czytanie online (w tym to pirackie, którego nie pochwalam, ale nie zamierzam udawać, że nie wiem o jego istnieniu), ale przede wszystkim, umówmy się choćby na potrzeby tego wpisu, że lektura Seneki czy nawet dobrego reportażu zajmuje więcej czasu i wymaga większego zaangażowania niż dwa wieczory z oderwanymi od prozy życia policjantami, którzy łapią mordercę w dwunastym rozdziale, ich praca to pasmo mrożącej krew w żyłach akcji, a Kodeks Postępowania Karnego nie pojawia się nawet jako bohater siódmego planu. I super, i świetnie, takie lektury też są potrzebne. Tak jak ciało zwykle działa na wysokich obrotach i czasami musimy się położyć, tak samo umysł nie może funkcjonować nieustannie i po prostu od czasu do czasu wymaga czegoś lekkiego i przyjemnego. I bez wyrzutów sumienia mamy prawo do tego, by odpoczywać tak jak lubimy, koniec kropka. Zanim jednak zabierzemy głos w dyskusji o poziomie czytelnictwa w kraju, spójrzmy w lustro i zadajmy sobie kilka ważnych pytań – czy lektury, po które sięgam, sprawiają, że jestem mądrzejszym, wrażliwszym człowiekiem? Czego dowiedziałam się z książek w ostatnim roku? Kiedy płakałam nad lekturą? Czy choć raz szczerze się zachwyciłam? Czy te książki cokolwiek we mnie zmieniły?

Jeśli odpowiedzi są twierdzące – brawo, robisz to dobrze. Jeśli jednak właśnie się zapowietrzasz i uważasz, że jestem głupia, bo Ty szukasz w książkach rozrywki – w porządku, baw się dobrze, w czytaniu w dużej mierze właśnie o to chodzi. Tylko bądź ze sobą szczery i szczera zanim następnym razem zabierzesz głos w dyskusji, bo Twój wysoki na dwa metry stos książek przeczytanych w ubiegłym roku nie robi na nikim wrażenia. Nie jest dziełem sztuki, nie jest społecznie użyteczny, nikomu nie pomógł, w sumie to troszkę się nawet czasami z niego śmiejemy. Wyluzuj, ekspercie. I poczytaj coś dobrego – to o wiele przyjemniejsza czynność niż leczenie kompleksów cudzym kosztem. Spróbuj.

Ściskam wiosennie

Ada

PS A jeśli chcecie przeczytać coś mądrego o tym, jak poprawiać poziom czytelnictwa w Polsce, polecam tę publikację Wydawnictwa Krytyki Politycznej:

szwecja-czyta-polska-czyta
Źródło: strona Wydawnictwa 

W książkach czasami trzeba się rozmemłać

Wpadłam wczoraj w blogową panikę – była sobota, został więc jeden dzień do publikacji nowego wpisu, a ja słodko nurzałam się w biografii Poświatowskiej, którą chciałam uczynić bohaterką dzisiejszego tekstu. Na szczęście zanim rzuciłam wszystko, by szybko dokończyć książkę przypomniało mi się, że jeszcze mnie do końca nie pogrzało i nie zamierzam robić z mojego ukochanego zajęcia wyścigów. Uff! Perfekcjonizm znowu znokautowany! Co więcej, gdy już tak leżał na deskach, odłożyłam zupełnie „Uparte serce” i zaczęłam czytać inną książkę. I co mi zrobicie? Tu zostawiam miejsce na diaboliczny śmiech.

Co prawda moja obsesja związana z byciem sumienną i rzetelną prymuską to kwestia na terapię, a nie na wpis, ale to ona stała się przyczynkiem do tego, że postanowiłam wpuścić trochę świeżego (wiosennego!) powietrza na Drogę Czytania i napisać kilka słów nie tyle o książkach, a raczej o tym, jak cudownie jest się w nich czasami rozmemłać.

Zwykle jestem bardzo poukładana i skrupulatna, nie spóźniam się, co wieczór wykreślam z kalendarza wszystkie sprawy, które miałam załatwić danego dnia. Mam nawet w głowie plan planowania plannera. I byłabym bardzo, bardzo nieszczęśliwa, gdyby tak samo uporządkowane i przewidywalne było moje życie pozazawodowe. Serio. Nie to, żeby mój grafik nie był wypełniony aż do czerwca, ale wszystkie te luki oraz specjalnie wygospodarowane momenty na czas dla siebie staram się spędzać na odpoczynku (jako urodzona pracoholiczka staram się bardzo zwracać na to uwagę). Spotykam się z ludźmi, oglądam filmy, wychodzę do kina, teatru i na wystawy, a przede wszystkim czytam. I rzeczywiście czytam bardzo dużo, czasami kilka książek tygodniowo, choć kursuję między dwoma domami i pracuję na etacie. Może właśnie dlatego nauczyłam się czytać w każdych warunkach i okolicznościach – w autobusie, kolejce, poczekalniach, przystankach, na nudnych wykładach, leżąc, siedząc i chodząc. W zasadzie wystarczy mi względnie stabilne podłoże i światło. No i książka.

W ogóle uważam, że z czytaniem jest jak z jedzeniem – niektórym wystarczy jakaś papka, inni szukają tego, co modne i ładnie będzie wyglądać na Instagramie, jedni mają swój określony ceremoniał, inni ciągle próbują czegoś nowego. I jak długo jemy treściwie, jest w porządku, choć nie ukrywam, że ja lubię moją głowę odżywiać często i to dobrą jakościowo strawą. Czasami sięgam po niektóre pozycje z rozsądku (Marquez), które traktuję trochę jak tran (wypada, ale miejmy to szybko za sobą), po inne z czystej miłości do czytania (dobra, zdrowa kuchnia), a po jeszcze inne dla grzesznej przyjemności czytania książki niskich lotów, w sam raz na humor niskiej jakości (tabliczka czekolady i dwa ciastka). I tak samo jak z jedzeniem, lubię wtedy dobrze wgryźć się w każde danie, rozmemłać się w nim i kosztować bez zbędnego pośpiechu. A później sobie jeszcze odpocząć i pomyśleć o tym, jak udany był to posiłek. Może dlatego z taką rezerwą podchodzę do blogów, na których codziennie pojawia się nowa recenzja? Brakuje mi w nim tego elementu rodem z pięknej Italii? Tego słonecznego dolce far niente?

W każdym razie dzisiaj wpisu o Poświatowskiej ani o żadnej innej pisarce nie będzie, bo zachłanna ze mnie bestia i rozgrzebałam się w sześciu różnych książkach, a zanim nadejdzie chwila na polecanie, muszę się dobrze nakosztować tych dobroci – przecież nie będę Wam polecać niczego, czego jeszcze nie jestem pewna, jeszcze Wam zaszkodzi.

Memłajcie się w swoich książkach!

Ada

wpis
Źródło: Pinterest (moją tablicę o książkach znajdziecie tu)