Kiedyś tu było życie…

Od kilku lat zdarza mi się prowadzić spotkania autorskie z pisarkami i pisarzami. Choć ostatnimi czasy staram się raczej ograniczać takie zlecenia, bo miło byłoby czasami się wyspać, to mam w swoim środowisku osobę, której ufam w ciemno i której propozycje spotkań nigdy mnie nie rozczarowały. W minioną sobotę, właśnie dzięki tej wspaniałej osobie, miałam wielką przyjemność poprowadzić spotkanie z Katarzyną Dudą, prawniczką, politolożką i autorką wspaniałego reportażu „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Wiem, że długi weekend i spotkanie w środku dnia nie jest najlepszą porą na takie wydarzenia, dlatego, choć jestem zachwycona frekwencją, pozwolę sobie napisać dla Was mały wyciąg z naszej rozmowy. Niestety, nie będzie wesoło. Co więcej, w jednym akapicie będzie mały spoiler ostatniego odcinka „Czarnobyla” (prod. HBO), więc przymknijcie w tym fragmencie oczy!

„Kiedyś tu było życie” to zbiór dwudziestu rozmów z osobami, które stały się ofiarami transformacji ustrojowej, dla których realia Polski z wizji Leszka Balcerowicza okazały się być gorsze od najczarniejszych wizji i dla których okres PRL nie oznaczał tylko legendarnych pustych półek w sklepach i Milicji atakującej protestujących robotników. Dla bohaterów i bohaterek tej książki okres Polski Ludowej oznaczał też pewność zatrudnienia, bezpieczeństwo, umowę o pracę i poczucie godności wynikającej z możliwości życia na zadowalającym poziomie. Te cztery wartości, których wiele osób z mojego pokolenia nie miało jeszcze okazji odczuć na własnej skórze.

 

 

W trakcie spotkania Autorka wiele uwagi poświęciła warunkom zatrudnienia osób outsourcowanych, których zatrudnienie jest rezultatem zamówienia publicznego. Osoby sprzątające szpitale, urzędy i ministerstwa, ochroniarze i ochroniarki, pracownicy i pracownice społeczne, ludzie pracujący w portierniach, szatniach i magazynach – mogłoby się wydawać, że skoro podmiotem pośrednio opłacającym ich wynagrodzenie jest instytucja publiczna, warunki zatrudnienia powinny być absolutnym wzorem do naśladowania. Nie wdając się w szczegóły legislacyjne – nic bardziej mylnego. Mobbing i stawki rzędu pięciu złotych za godzinę były codziennością choćby w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji aż do czasu ostatniej nowelizacji. Szok? W takim razie zapraszam do dalszej lektury.

Wielkie zmiany gospodarcze po roku 1989 to również uderzenie w przemysł. Zamykanie kopalni, hut, przetwórni, PGRów, fabryk czy szwalni oznaczało dla całych regionów Polski ogromny wzrost bezrobocia, szczególnie pośród robotników i robotnic. To przeskok z godnego życia i wczasów pod gruszą w kredyty, biedę, wstyd i brak środków na zakup butów dla dzieci. I nie wynikało to z – by zacytować panią Ewę Balcerowicz z jej ostatniej wypowiedzi dla telewizji śniadaniowej – ich braku chęci do pracy i predyspozycji, a z nagłego, całkowitego zniszczenia wielkiej branży, w której pracowali niekiedy przez połowę życia. Wykwalifikowani robotnicy i robotnice musieli znaleźć inne miejsce pracy, co w nowej rzeczywistości oznaczało często wejście do szarej strefy lub zatrudnienie się u różnego poziomu uczciwości przedsiębiorców. Praca na czarno? Ależ owszem. Złotówka za godzinę? Jak najbardziej. Mobbing? Łamanie przepisów BHP? Czego sobie tylko życzycie. I to wszystko we wspaniałej i jakże aktualnej atmosferze „na twoje miejsce jest dziesięć innych osób”. Pyszności.

Spotkanie stało się również pretekstem do rozmowy o jednej z bohaterek książki, pani Danucie, która zapytana o swój udział w stowarzyszeniach czy związkach zawodowych wypowiada niezwykle gorzkie i znaczące zdanie „nie zrzeszam się, bo nie mam z kim”. Opowiada również o swoim wyjeździe na Kongres Kobiet, na którym panel o kobietach mieszkających na wsi prowadziły wyłącznie wykształcone kobiety z klasy średniej. Oczywiście wszystkie mieszkające w mieście. Muszę przyznać, że w trakcie czytania tego fragmentu pomyślałam o tym, jak sama organizowałam panel o niealimentacji dla lokalnej wersji Kongresu i choć nadal uważam, że poznane dzięki temu wydarzeniu ekspertki były niepowtarzalne i wspaniałe, z lekkim wstydem myślę o tym, że przyłożyłam rękę do wydarzenia, którego centrala wypięła się później na prawa i potrzeby ochroniarek zabezpieczających jedną z edycji. Wstyd, siostry feministki. Wielki wstyd.

Jednym z najbardziej angażujących publiczność wątków było odszukanie logiki w rozumowaniu „praca ochroniarza na śmieciówce za minimum krajowe to wstyd, ale śmieciówka, minimum krajowe i owocowy czwartek w korpo to już super sprawa, bo mamy klimatyzowane biuro, NO I TE ANANASY W ŚRODKU TYGODNIA”. Smutna konkluzja tej dyskusji zamyka się niestety w dwóch frazach – karmieniu pracowników nadziejami o tym, że ich los może się w czasie magicznego „kiedyś” polepszyć, jak również w uznaniu słuszności postępowania jednej z bohaterek książki, która skazana na pracę do końca życia w warunkach urągających człowieczeństwu raz na jakiś czas skreśla kupon totolotka wierząc, że to jedyne wyjście z jej tragicznego, patowego położenia. Gdy własna praca daje ci zerowe szanse na poprawę warunków bytowych, nawet totolotek staje się bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem twoich problemów. I tylko ciężko uwierzyć, że mowa tu o Europie w 2019 roku.

– TU JEST SPOILER CZARNOBYLA – Spotkanie zamykał temat idei taniego państwa i tego, co się „opłaca”. O tym, jak zaciskanie pasa w pierwszej fali odbiło się na najsłabiej chronionych grupach zawodowych, jak zmniejszanie kosztów administracji oznaczało masowe zwolnienia i przejście na skandaliczne outsourcingi. I, co ciekawe, doskonałą puentą tego tematu wydał mi się fragment ostatniego odcinka genialnej miniserii HBO pt. „Czarnobyl”, w której zapytany przez sąd o przyczyny eksplozji (przy uwzględnieniu ilości reaktorów, w których nigdy do takiego wypadku nie doszło) sfrustrowany naukowiec opowiada o metodach budowy elektrowni i kończy wypowiedź krótkim „bo tak było taniej”. Tak było taniej, dlatego musiało dojść do tragedii. Tak było taniej, dlatego doszło do wielkiego skażenia i śmierci wielu niewinnych ludzi. Wreszcie tak jest taniej, dlatego bieda w Polsce ma się świetnie, dlatego ludzie odbierają sobie życie, bo nie widzą możliwości wyjścia z zadłużenia, dlatego wiele dzieci nadal nie zjada w ciągu dnia ani jednego ciepłego posiłku. No ale tak jest taniej. Tylko dla kogo?

 
***

Ogromnie dziękuję za możliwość przeprowadzenia tego arcyciekawego spotkania, dziękuję wszystkim obecnym Osobom za Wasz czas i zaangażowanie w rozmowę, dziękuję Kasi za obecność i doskonałe pointy. I dziękuję Wam za uwagę.

Książkę możecie (a polecam ogromnie!) zakupić tutaj.

Ukłony i życzenia godnej pracy i płacy

Ada

Reklamy

#3xKultura

Choć jestem w samym środku zawodowo – osobistego tornada uznałam, że nie mogę dłużej odkładać pisania o tym, co nowego w kulturze – nie po to przebudowywałam bloga, by zostawić go teraz bez nowych wpisów! I choć oczywiście nie zamierzam rezygnować ze stałych rekomendacji (w myśl przyjętej na samym początku istnienia Drogi „jedna książka z nowości, jedna z biblioteki i jedna z antykwariatu”), bardzo chciałabym też podzielić się z Wami pysznościami z innych dziedzin sztuki. Na szczęście WordPress (prawie) wszystko przyjmie, dlatego śmiało i radośnie zapraszam Was na nowy cykl – #3xKultura! W każdej odsłonie będę polecać Wam spektakle, koncerty, miejsca, wydarzenia, filmy, dokumenty i artykuły, na które szczególnie warto zwrócić uwagę. Będzie smakowicie, wyjątkowo, feministycznie i od serca. Zapraszam!

 

DOKUMENT

Knock down the House”, reż. Rachel Lears (Netflix)

Do tego, że potrzebujemy więcej kobiet w polityce, nie muszę chyba nikogo przekonywać – skoro stanowimy połowę społeczeństwa, powinnyśmy sprawować połowę władzy. Proste? Proste. Istotne jest jednak to, by polityczki reprezentowały nasze interesy – strażniczki patriarchatu, które ochoczo podtrzymują krzywdzące status quo nie łapią się na tę kategorię i pozostaje nam mieć nadzieję, że będą stawały się coraz mniejszą grupą. Choć nigdy nie było moim zamiarem przemycanie polityki do wpisów na blogu, to chyba dobry moment na to, by rozwiać wątpliwości wielu domorosłych filozofów, którzy dopatrują się „braku logiki” u osób feministycznych, które nie popierają kobiet, które działają w polityce, a które wkładają wiele pracy w ograniczanie praw i wolności człowieka. Otóż wyjaśniam – feminizm zakłada równość wszystkich ludzi, a więc popieranie osób utrwalających nierówności nie może być – z definicji – feministyczne. Nawet jeśli te osoby akurat są kobietami. Bo seksizm nie ma płci.

Całkowite poparcie i – nie bójmy się tego słowa – wdzięczność możemy natomiast okazać tym, które z pełną świadomością nadchodzącego hejtu i pogardy zdecydowały się powiedzieć „teraz ja”. Takim właśnie kobietom, a konkretnie czterem Demokratkom, Netflix postanowił poświęcić dokument o ostatnich wyborach do Kongresu. I wyszło z tego nieprawdopodobnie inspirujące dzieło! Alexandria Ocasio-Cortez, Amy Vilela, Paula Jean Swearengin i Cori Bush ujawniają wzloty i upadki swoich kampanii, dzielą się swoimi motywacjami, obawami i marzeniami. Odwiedzamy ich sztaby i domy. A przede wszystkim dostajemy solidną dawkę inspiracji i girl poweru! Jestem zachwycona tą produkcją, polecam ją wszem wobec i niecierpliwie czekam na polską AOC. Gdy tylko skończycie oglądać „Knock down the House”, dowiecie się dlaczego.

 

knock down the house
Źródło: oficjalna strona dokumentu

 

SPEKTAKL

Śniący Chłopiec”, reż. Maciej Gorczyński (na podstawie sztuki Hanocha Levina), Teatr Miejski Miniatura (Gdańsk)

Spektakl, na który nie byłam gotowa emocjonalnie. Wchodząc do teatru wiedziałam, że za chwilę obejrzę sztukę o dzieciństwie, że pojawią się tam wątki psychoanalityczne (co dla mnie akurat jest plusem, choć wiem, że ten nurt budzi rozmaite emocje). Nie spodziewałam się jednak, że będę się bała, że będzie mi źle, że będzie mi słabo i że wyjdę oszołomiona, choć zachwycona.

Tytułowy Chłopiec oraz jego Matka muszą uciekać ze swojego domu, próbują znaleźć bezpieczne schronienie, choć na swojej drodze… podzielają los dziesiątek tysięcy uchodźców i uchodźczyń. Levin początkowo zamierzał opisać losy Żydów w czasie Zagłady, jednak z czasem zuniwersalizował swoją sztukę nadając jej wymiar ponadczasowy. Wojny, strach i walka o życie swoje i swoich dzieci trwają, nawet jeśli chwilowo to nie nasze dachy są bombardowane. Mamy do czynienia ze sztuką głęboko zaangażowaną społecznie, poruszającą kwestię uchodźstwa, wykorzystywania seksualnego, wojny, nienawiści, macierzyństwa, kształtowania się charakteru człowieka na etapie dzieciństwa. Posłużenie się w niej maskami, teatrem dramatycznym i teatrem tańca na naprawdę wysokim poziomie nadają tej sztuce tak wiele emocji, że po wyjściu z teatru uznałyśmy z koleżanką, że to wino, na które miałyśmy się udać, wypijemy innym razem, bo w tamtej chwili musiałyśmy pobyć same. Boję się napisać coś więcej o tym przedstawieniu, bo nie chcę zdradzać Wam szczegółów spektaklu, dlatego ograniczę się do „ogromnie polecam”!

 

TM_SNCHLOPIEC_2
Fot. Piotr Pędziszewski, oficjalna strona Teatru

 

SERIAL

The Act”, reż. Michelle Dean, Nick Antosca (HBO GO)

Muszę się przyznać – zaczęłam oglądać ten serial dla Patricii Arquette, której talentu nigdy nie mam dość. I wpadłam. Nie spałam do czwartej nad ranem, ale obejrzałam wszystkie dostępne wówczas odcinki. Co prawda moja terapeutka westchnęła ciężko, gdy kolejny raz zaczęłam opowiadać o „wspaniałej produkcji o przemocy” (choć to chyba i tak lepiej niż moje klasyczne „miałam zły dzień, więc włączyłam Melancholię von Triera”), ale – o rany – jakie to jest dobre! Niestety, z bólem serca przyznaję, że w miarę rozwoju fabuły akcja traci na wartkości i dwa ostatnie odcinki są nieco nużące, ale sama historia choroby jednej z głównych bohaterek jest fascynująca. Oparty na prawdziwych wydarzeniach serial jest filmową adaptacją jednej z najsłynniejszych historii kryminalnych w USA. Cierpiąca na ewidentny zastępczy zespół Münchhausena Dee Dee Blanchard zostaje zamordowana we własnym łóżku, a jej chora, poruszająca się na wózku córka Gypsy Rose znika bez śladu. Lokalna społeczność, uważająca Dee Dee za doskonałą, ogromnie poświęcającą się dla swojego dziecka kobietę, jest przerażona tym, że ich spokojna okolica w Missouri została naznaczona tak okrutną zbrodnią. Kto jednak jest prawdziwą ofiarą? Dlaczego doszło do tego zabójstwa? Z czyjej ręki zginęła Dee Dee? Rzadko zdarza się, by w produkcjach typu true crime bardziej niż „kto” interesowało nas „dlaczego” ktoś zabił. Tym razem jednak twórcy grają z nami w emocjonalnego tenisa przerzucając nasze emocje na skrajne strony kortu, a wspomniana już Arquette bije własne rekordy aktorskiego geniuszu. Jest tak wybitna w tej roli, że aż nie mogę jej znieść. A Ty? Kogo tak naprawdę jest Ci szkoda? Podpowiedź: więcej niż jedna odpowiedź może być prawidłowa. Włącz HBO GO i przekonaj się sam/a.

Udanych seansów i wielkich przemyśleń!

Ada

 

***

Obrazy pochodzą z zasobów Wikipedii, „Knock down the House” jest dostępny na platformie Netflix, a „The Act” – na HBO GO. Repertuar Teatru Miniatura oraz materiały na temat spektaklu znajdziecie na stronie Teatru.

Bajki – szachrajki

Ten wpis dedykuję  małemu i puchatemu Olafowi, dla którego jest to pierwszy Dzień Dziecka, jak również wszystkim tym, którzy nadal noszą w sobie przygody swoich dziecięcych, literackich przyjaciół i przyjaciółek.

 

Dzień dobry w Dzień Dziecka!

Mam nadzieję, że ten piękny dzień spędzicie w najlepszym towarzystwie (nawet jest po prostu własnym) jedząc najpyszniejsze słodycze i oglądając najlepsze bajki. A jeśli znajdziecie trochę wolnego czasu, być może uda się Wam nawet sięgnąć do swoich ukochanych książek z dzieciństwa.

Nie wiem, czy zauważyliście i zauważyłyście, ale od jakiegoś czasu przybywa dziecięcych publikacji,w których główne skrzypce grają rezolutne i silne dziewczynki. Wspaniała sprawa! Niestety, oczywiście zaraz obok musi pojawić się podzielone na dwie grupy grono malkontentów – jedna grupa uważa, że to genderowe głupoty, a druga, że „o rany, no w końcu, reprezentacja jakaś, czas najwyższy”. Pierwszej grupy nawet komentować nie będę, bo to wesoły dzień i nie ma sensu się nad nikim pastwić, ale druga grupa naprawdę mnie zastanawia. Nie zrozumcie mnie źle, jeśli tylko można się do czegokolwiek przywalić, to ja zawsze bardzo chętnie, owszem i z rozkoszą, ale w tym przypadku ogarnia mnie pusty śmiech na widok komentarzy, zgodnie z którymi wszystkie silne postaci kobiece w bajkach dla dzieci najwyraźniej dogorywały w ostatnich dekadach pod kamieniem i dopiero wspaniały popfeminizm wyciągnął je na środek sceny. Basia, o którą toczono awantury, Ania z Zielonego Wzgórza, Ronja, córka zbójnika, całe stado mniej lub bardziej wyemancypowanych księżniczek i wróżek, Karolcia, Kangurzyca, Alicja w Krainie Czarów… mogłaby wymieniać tak dalej, ale myślę, że udało się Wam już złapać przekaz. Oczywiście, zawsze z wielką radością witam nowe bohaterki zwiększające tę znacznie skromniejszą od męskiej reprezentację, jednak bardzo nie chciałabym, by w morzu wydawniczych reklam zginęły gdzieś te postaci, które dla kilku pokoleń stały się prawdziwymi ikonami i pięknymi dowodami na to, że dziewczynki mogą osiągnąć wszystko, co tylko sobie wymarzą. Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was wpis o moich ukochanych bohaterkach z dzieciństwa. Do ich historii wracam myślami w chwilach zwątpienia nawet teraz, gdy jestem już dorosła i piórnik w księżniczki zamieniłam na piórnik w rowery. Zresztą nieważne. Głupi przykład. Na szczęście bohaterki wspaniałe!

Ania Shirley

L.M. Montgomery, seria „Ania z Zielonego Wzgórza”

Pisałam już kiedyś o moim głębokim przekonaniu, że Ania Shirley była klasycznym przykładem emancypantki, która nie była zainteresowana rolą, w jakiej widziało ją jej środowisko i skutecznie dążyła do zdobycia wymarzonego wykształcenia i pracy, na każdym kroku deklasując swoich konkurentów i konkurentki, szczerze, ale stanowczo rozprawiając się z natarczywymi kandydatami do małżeństwa i cierpliwie i wytrwale budując życie uszyte według własnego ściegu. Od chwili, w której poznajemy małą, zagubioną dziewczynkę, która nieświadomie upija swoją przyjaciółkę i zupełnie świadomie krzyczy na starszą sąsiadkę, która pozwala sobie na niesprawiedliwe i grubiańskie uwagi do momentu, w którym żegnamy się z dorosłą, doświadczoną i mądrą kobietą, mamy okazję przyglądać się jej determinacji, sile i pięknej duszy. Dla mnie poznanie serii o Ani było jednym z najważniejszych literackich doświadczeń i nie wiem, ile razy myślałam o niej ucząc się do przeraźliwie trudnego egzaminu albo przygotowując się do poważnej rozmowy. Być może dlatego, że w jej zachowaniu i charakterze widziałam potężną dawkę samej siebie, stała mi się ona na tyle bliska, że nie tylko kolejny raz wspominam o niej na blogu, ale też mam nadzieję, że sami i same sięgnięcie (być może ponownie) do jej przygód, a przede wszystkim nie pozwolicie, by Wasze dzieci przeszły przez swoje młode lata nie wiedząc, za co tak bardzo kocha się Avonlea.

 

pippi

 

Pippilotta Viktualia Firanella Złotmonetta Pończoszanka

A. Lindgren, seria „Pippi Pończoszanka”

Jeśli Ania jest wcieleniem delikatności i kruchości, to Pippi jest synonimem fantazji i absurdu. Z jakiegoś powodu nazywana przez całe lata Fizią (błagam, nie) mieszkanka Willi Śmiesznotki i opiekunka konia i małpki jest chyba najbarwniejszą postacią w historii literatury dziecięcej. Choć wiele jej historii zostało przez nią zmyślonych, faktem pozostaje, że Pippi jest pewnym symbolem tego, jak figlarne i beztroskie życie chciałyby wieść dzieci, gdyby tylko nie ograniczał ich system nakazów i zakazów funkcjonujących w dorosłym świecie. Chodzenie po drzewach i urządzanie szalonych wycieczek to przecież nic w porównaniu z tym, jak rozprawiła się ze złodziejami (fandomie Kevina, proszę się rozejść, królowa jest tylko jedna)! Pamiętam, jak moi rodzice czytywali mi wieczorami o jej występkach i, choć te przygody bardzo mnie bawiły, nigdy nie byłam na tyle przebojowym dzieckiem, by utożsamiać się z tą postacią. Na pewnym etapie życia zrozumiałam jednak, że każda osoba ma w sobie trochę z Pippi. I wspaniałą rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić, to pozwolić jej dojść do głosu. W końcu jeśli rozrabiać, to tylko tak jak Pippi. Tylko koni nie podnoście, bo z ortopedią w Polsce to wiadomo, jak jest.

Hermiona Granger

J.K. Rowling, seria „Harry Potter”

Jak wiadomo, Millenialsi niszczą rynek pracy, piją sojowe latte z własnych kubków i jedzą awokado na kilogramy. To wiedza powszechna. Taka z Instytutu Badań z Czapy, ale powszechna. A tak naprawdę to przede wszystkim chcemy nie umrzeć w wyniku wojen klimatycznych i może mieć jakiś własny kąt. To, co jednak łączy nas na pewno, to fakt, że przez jakiś fragment naszego dzieciństwa czy młodości przetoczyła się Pottermania, a Hermiona, arcyzdolna czarownica, stała się naszą ikoną. Tego, że wolno być prymuską, że można działać społecznie, że nie trzeba przedkładać urody nad wiedzę, że można sobie żyć po swojemu i starać się mieć w nosie tych, którym się to z różnych względów nie podoba. W dzieciństwie sama byłam prymuską i nieźle dostałam za to po głowie. Czasami myślę, że nadal to odchorowuję, ale w chwilach, gdy było mi bardzo źle, sięgałam do serii o Harrym Potterze i myślałam, że Hermiona też musiała wiele dźwignąć, a mimo to nie tylko była wspaniałą, wybitną czarownicą, ale też walczyła o sprawiedliwość dla tych, o których nikt się nie upominał. I choć wszyscy śmiali się z jej stowarzyszenia „Walka o Emancypację Skrzatów Zniewolonych”, najsłynniejszego wolnego skrzata opłakiwaliśmy i opłakiwałyśmy zanosząc się grupowym szlochem. Nie udawajcie, że nie. Myśląc o Hermionie i innych bohaterkach tego uniwersum, przychodzi mi również do głowy kwestia ich wpływu na rozumienie feminizmu – J.K. Rowling zadbała o to, by te postaci pomogły nam zapamiętać, że feminizm ma wiele twarzy, a choć silne kobiety mogą przerażać, to bez nich nie udałoby się uratować Hogwartu. Zaprzątnięta domem Molly, robiąca karierę Minerwa, bujająca w obłokach Luna, przebojowa Ginny, skrupulatna Hermiona czy dzielna Lily – wszystkie różne, wszystkie wspaniałe. Kto nie czyta, ten mugol!

 

droga czy tania (1)

 

Nieco rozprawiwszy się z wydawniczą histerią, pozostaję mi życzyć Wam wspaniałego Dnia Dziecka i obiecać, że naprawdę postaram się już więcej nie pisać o tych bohaterkach. Może czasami jeszcze przypomnę Wam o tym, że warto wracać do ich przygód. I że warto przypominać sobie i innym, że silne bohaterki istnieją w książkach. I w prawdziwym świecie. I że, najprawdopodobniej, jeśli sama czujesz się kobietą, z różnych powodów jesteś jedną z nich.

Ściskam Was mocno

Ada

Paragon:

0 zł, wszystkie książki dostałam od Rodziców, proszę nie mieć żalu!

Książką po mapie

Moim ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu, zaraz obok czytania, jest zwiedzanie, odkrywanie nowych miejsc. Przez lata wyjazdów bliższych i dalszych opanowałam do perfekcji pakowanie się w bagaż każdej wielkości, zawsze znajdując w walizce czy plecaku miejsce na lektury i mapy, które mają podróżować razem ze mną. Najchętniej zabieram ze sobą biografie osób związanych z danym regionem, ale mam też swój pakiet książek, które są dla mnie przyczynkiem do planowania wyjazdu w konkretne miejsce. Za każdym razem, gdy na nie zerkam, myślę o tym, że pora już przygotowywać trasę zwiedzania. I tak na przykład Francję zjeździłam z biografiami gwiazd francuskiego kina, Hiszpanię z Gaudim, a Czechy… ok, z Dostojewskim, nie było tematu. Mam już jednak kolejne plany i nowe dziwacznie nęcące mnie pozycje, z którymi objadę trochę nowych miejsc – nie przedłużając, zapraszam na mały przegląd!

Anna Dziewit – Meller, Marcin Meller, Gaumardżos! Opowieści z Gruzji, Wyd. Świat Książki

Gdybym miała zaplanować trasę podróży po Gruzji wyłącznie przy pomocy tej książki, w ciemno mogłabym zgłosić swoje zaginięcie. Gaumardżos nie jest bowiem przewodnikiem, nie poprowadzi nas za rączkę po gruzińskich must see i nie wskaże nam miejsc, gdzie można zebrać pieczątki dzielnego podróżnika. Całe szczęście! Opowie nam natomiast o tym, jakim specyficznym, fascynującym krajem jest ojczyzna Stalina, jakie fantastyczne potrawy i wina przed nami i jacy cudowni ludzie staną na naszej drodze. Mellerowie nie szczędzą nam jednak informacji o trudnej historii i – nie oszukujmy się – teraźniejszości tego kraju, ze wszystkimi jego wadami i zaletami opisują też tamtejsze życie codzienne. Jeśli ponad wielogodzinne wędrówki cenicie zabiegi w SPA, a zakupy w luksusowych butikach przedkładacie nad wizyty w rodzinnych domach znanych dyktatorów, być może Gruzja nie jest najlepszym pomysłem na wakacje. Jeśli jednak też chcecie zobaczyć miasto, w którym nadal znajdziecie obrońców „wielkości Stalina” i jeśli jedzenie chinkali do upadłego brzmi jak świetny pomysł na obiad, sięgnijcie po tę książkę i zacznijcie planować wyjazd.

 

_Podróżować znaczy żyć_

 

Sam Wasson, Piąta Aleja, piąta rano, Wyd. Świat Książki

Nie należę do tej osób uważających, że podróż życia musi odbyć się do Stanów Zjednoczonych, państwo to jest dość nisko na mojej Bucket List (może poza Alaską!), jednak karmiona książkami i filmami o Nowym Jorku, dałam się złapać na to, że czasami wracam myślami do planów schrupania Wielkiego Jabłka. Pomijając oczywiste punkty, takie jak muzea i galerie, bardzo chciałabym wziąć udział w jednym ze spacerów śladami ekranizacji Śniadania u Tiffany’ego Trumana Capotego z moją ukochaną Audrey Hepburn w roli głównej. Choć różnice między książką a filmem są naprawdę ogromne, mam wiele ciepłych uczuć do obu tych dzieł, a opracowanie Wassona jeszcze bardziej nakręca we mnie potrzebę odtworzenia kroków Holly Golightly. Nawet jeśli za nazwanie Marylin Monroe „kręcidupką” mam ochotę rzucić w niego rogalikiem. Na talerzu. Betonowym. Historia powstania Śniadania… została przez niego opisana jednak w taki sposób, że nie umiem myśleć o tej książce bez cienia zniecierpliwienia za podróżą, która jeszcze przede mną.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wyd. Czarne

Rumunia. Konia z rzędem osobie, która zapytana o najlepsze miejsce na wakacyjny wyjazd wymieni ten kraj. Czy reportaż Rejmer zmienia tę perspektywę i utwierdza nas w przekonaniu, że to państwo jest piękne i dopieszczone, a lato w Bukareszcie to luksus i najlepszy pomysł na świecie? Absolutnie nie. Wprost przeciwnie. W tej książce jest mnóstwo cierpienia, biedy, śmierci i strachu. Jednak spomiędzy tych opisów autorka kreśli nam obraz miejsc arcyciekawych, wartych poświęcenia im uwagi i poddaniu się refleksji nad tym, jakim państwem w zasadzie jest Rumunia. A już objazd po Transylwanii musi być czymś niezapomnianym! Jeszcze nie wiem, kiedy uda mi się zrealizować plan o tym wyjeździe, ale już dzisiaj wiem, jaką książkę na pewno spakuję do walizki.

A jak wygląda to u Was? Czy też macie lektury, które zainspirowały Was do konkretnego wyjazdu? A może dopiero planujecie takie wakacje?

Szerokiej drogi!

Ada

Paragon:

  1. Gaumardżos… – 34,90 zł
  2. Piąta Aleja… – 9,99 zł (promocja w dyskoncie)
  3. Bukareszt… – 0 zł (książka wypożyczona z biblioteki)

SUMA: 44,89 zł

Szybki kurs literatury feministycznej

Polski marzec manifami stoi – od Trójmiasta aż po Kraków tysiące feministek i feministów wychodzi na ulice i domaga się respektowania i uznania praw kobiet jako podstawowych praw człowieka. Co roku również przewija się przez media społecznościowe fala nienawiści, klasycznie mającej swoje źródło w ignorancji i pogardzie. Nie zamierzam dyskutować z tymi, dla których prawa człowieka są spiskiem organizacji pozarządowych, których celem jest destabilizacja patriarchalnego porządku (bo zwyczajnie mi się nie chce), bardzo chętnie jednak wyjaśnię w kilku słowach, czym tak naprawdę to brzydkie słowo na „f”. Przez lata dorobiło się ono brzydkiej gombrowiczowskiej gęby, podczas gdy feminizm to po prostu radykalna teza, zgodnie z którą – ale uwaga, zapnijcie pasy – kobiety to ludzie. Tylko i aż tyle. Równość płci, emancypacja i równe szanse. Walka z dyskryminacją i wzajemny szacunek. Historia feminizmu jest jednak nieco bardziej skomplikowana i rozumiem, że nie wszyscy i wszystkie muszą pasjonować się nią na tyle, by wczytywać się w postulaty poszczególnych reprezentantek każdej fali, dlatego postanowiłam przygotować dla Was wyciąg z tego, co warto przeczytać, by zdobyć przyzwoite rozpoznanie w temacie. I nie narobić sobie wstydu na Manifie, oczywiście.

  1. Simone de Beauvoir, Druga Płeć

    Klasyka klasyków. Simone de Beauvoir bierze na tapet kobiecość i bezwzględnie rozprawia się z męskocentrycznym spojrzeniem na sytuację społeczną, polityczną i kulturową. Opus magnum de Beauvoir jest kamieniem milowym feministycznego dyskursu i spojrzenia na rolę kobiet na świecie. Odziera utrwalony porządek z patriarchalnego upupienia drugiej płci i otwiera drogę do rozważań na temat tego, co należy zmienić, by wyrównać szeregi. Książka doskonała!

  2. Audre Lorde, Siostra outsiderka

    Jedna z najważniejszych książek, pisałam już o niej w TYM wpisie, nie mogłam jednak pominąć jej w tym wpisie. Audre Lorde pisze o braku inkluzywności w środowiskach kobiecych, o zamknięciu się grup feministycznych na osoby o innym kolorze skóry (niż biała) czy orientacji psychoseksualnej (innej niż cisheteronormatywna), o hipokryzji i podwójnym wykluczeniu. Otwiera oczy na przemoc, jaka ma miejsce w pozornie równościowych zespołach i dodaje sił, by tej przemocy się przeciwstawiać – szczególnie wtedy, gdy w typowy dla patriarchatu sposób mogłybyśmy nie zauważyć problemu, którego beneficjentkami jesteśmy. Piszę to nie bez uderzenia się w pierś – sama przez długi czas działałam w grupie, której pozornie feministyczna twarz mnie zmyliła i sprawiła, że nie dopuszczałam do siebie myśli, że może w niej dochodzić do sytuacji przemocowych. Wszystko zmieniło się właśnie po lekturze Siostry outsiderki. Grupę opuściłam natychmiast, gdy tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że nie działam pod wpływem impulsu. Lorde zorganizowała mi błyskawiczny kurs dojrzewania aktywistycznego, który ze szczerego serca mogę polecić każdej osobie.

    3f69da601ce383af09309552d608b015

  3. Nancy Fraser, Drogi feminizmu

    Książka nietuzinkowa, bez owijania w bawełnę, głęboko analityczna. Z pewnością nie jest to lektura lekka, ale zapoznanie się z nią wydaje mi się konieczne do zrozumienia wielu procesów prowadzących do stopniowych przemian w podejściu do myśli i praktyki feministycznej. Fraser dokonuje analizy amerykańskich ruchów kobiecych funkcjonujących w ostatnim półwieczu i zapowiada nadchodzącą radykalizację ich działań. Biorąc pod uwagę fakt, że książka została wydana na kilka ładnych lat przed #MeToo, Marszem Kobiet (czy na polskim gruncie – czarnym protestem i wzrastającym poparciem dla poszanowania praw reprodukcyjnych), ciężko nie uznać, że jest to prognoza niezwykle trafna…

  4. Margaret Atwood, Opowieść Podręcznej

    Powieść, która tryumfalnie powróciła na księgarniane półki razem z ekranizacją i błyskawicznie stała się symbolem. Symbolem tego, co może czekać wszystkie kobiety, jeśli w porę nie ruszymy po nasze wszystkie prawa. Perspektywa Gileadu stała się tak przerażająca, że miliony kobiet zdecydowały się wyjść na ulice, by okazać swoje niezadowolenie i sprzeciw wobec patriarchatu. I idziemy dalej. Idziemy po wolność naszą i wszystkich tych, którzy i które twierdzą, że „to nie jest ich sprawa”. I będziemy maszerowały do skutku.

    The Handmaid's Tale ★ iPhone wallpaper

  5. Rebecca Solnit, Mężczyźni objaśniają mi świat

    Najnowsza pozycja z całego zestawienia, ale zdążyła już narobić niemałego zamieszania. Choć zdania co jej walorów literackich są podzielone, książka Solnit zwraca naszą uwagę na te ciągłe kuksańce, które kobiety przyjmują wyłącznie z tytułu swojej płci, na ciągłe objaśnianie nam świata nawet przez mniej kompetentnych, ale niezwykle pewnych siebie mężczyzn. To również historie o przemocy seksualnej, o pladze zalewającej amerykańskie uniwersytety, jaką jest ogrom zgwałceń, często przemilczanych i pozostawiających sprawcę bezkarnym. Autorka powołuje się na teksty Virginii Woolf i Susan Sontag (która również powinna znaleźć się w tym zestawieniu!), nakreśla szeroki kontekst społeczny i kulturalny. Trzeba przeczytać!

  6. Virginia Woolf, Własny pokój

    Nie dość, że Virginia Woolf jest jedną z moich ulubionych twórczyń, to jeszcze właśnie ta praca jest bezapelacyjnie jednym z najważniejszych tekstów, jakie przeczytałam w życiu. Własny pokój to z pozoru esej wyłącznie o pisarstwie kobiet, bardzo sprawnie prowadzona analiza kwestii historycznych i społecznych związanych z rolą pisarki, w szerszym ujęciu to jednak również – a może przede wszystkim – manifest o wywalczeniu przez kobiety swojego miejsca w dotychczas całkowicie zagarniętej przez mężczyzn przestrzeni dyskusji intelektualnych. To, jak uniwersalny i ponadczasowy jest ten esej napisany dokładnie dziewięćdziesiąt lat temu, jest jednocześnie przerażające i budzące moje uznanie. Niestety, wyłącznie dla autorki, bo jako ludzkość… cóż, mamy jeszcze wiele pracy przed sobą.

Jak zaznaczyłam we wstępie, jest to jedynie wyciąg z podstawy, bardzo subiektywny i naznaczony nurtem, który jest mi najbliższy. Feminizm doczekał się jednak bardziej i mniej rzetelnego, ale z pewnością bogatego opracowania naukowego, a kwestie praw kobiet są coraz częściej podnoszone w literaturze popularnej. Odnajdujemy je w książkach autorów i autorek tworzących pod każdą szerokością geograficzną, tylko w ostatnim kwartale w moje ręce wpadły dzieła irackie, brytyjskie, niemieckie, polskie, amerykańskie i francuskie, a tematyka dotyczyła również Japonii, Rosji, RPA i Urugwaju. Nie jestem literaturoznawczynią i z pewnością niejedna feministka uznałaby to zestawienie za pozbawione kluczowych lektur, jestem jednak pewna, że jeśli zapoznacie się z powyższymi tytułami, kolejne odnajdziecie już sami i same. I będę przeszczęśliwa, jeśli podzielicie się ze mną swoimi odkryciami.

Z feministycznym pozdrowieniem

Ada

Wszystkie grafiki pochodzą z Pinteresta.

Tłusty czwartek nadchodzi | Literackie słodkości

Czy wiecie, że w ostatni wtorek karnawału Francuzi i Francuzki obchodzą mardi gras, czyli dzień, w którym zajadają się pączkami, ciastkami, goframi i ósmym cudem świata, czyli crepes suzette – delikatnymi, kruchymi naleśnikami z sosem pomarańczowym? Z kolei moje dziwaczne talenty przejawiające się w umiejętności przerzucania naleśników w trakcie czytania książki mogłabym wykorzystać w Wielkiej Brytanii, gdzie rokrocznie odbywa się pancake race – ostatni wtorek karnawału to w tym państwie okazja do pochłaniania zatrważających ilości naleśników i urządzania zawodów w biegu, w trakcie którego należy wywijać patelnią niczym sama Magda Gessler. Skandynawia przed Wielkim Postem zaczyna natomiast pachnieć drożdżówkami z cynamonem, a w Rosji przez cały tydzień podaje się bliny – dla każdego coś pysznego! Rozmyślając już o tym, ile w tym roku będę stała w kolejce po najlepsze pączki w Gdańsku (#DrużynaBajadera!) zastanawiałam się, jakie książki kojarzą mi się najsmaczniej. I ku mojemu zaskoczeniu, odnalazłam ich naprawdę wiele – złapcie zatem jakiś talerzyk faworków i czytajcie dalej!

Czekolada, Joanne Harris

O tej książce pisałam już w TYM wpisie, jednak nie mogę jej przemilczeć – jeśli zamiast puchatych wypieków wolicie czekoladowe cokolwiek, to ta książka jest właśnie dla Was. Oczywiście jest to lektura przede wszystkim o odwadze, człowieczeństwie, miłości i wielkiej sile kobiecej solidarności, ale fragmenty, w których główna bohaterka przygotowuje produkty do swojego sklepu pobudzą ślinianki nawet najbardziej restrykcyjnej fit-insta-blogerki. Jest pysznie, jest zmysłowo, jest słodko. Absolutnie odradzam jednak czytanie jej w trakcie diety, chyba że macie nadludzką siłę woli.

Charlie i fabryka czekolady, Roald Dahl

Nie wiem, jak to się stało, ale ominął mnie gimnazjalny epizod zaczytywania się Dahlem i dopiero teraz stopniowo nadrabiam lekturę jego powieści. Poziom dziwactwa jego bohaterów i bohaterek nieco koliduje z moim gustem, ale po nadrobieniu kilku tytułów z uznaniem zerkam na półki moich uczniów i uczennic, na których dumnie piętrzą się jego dzieła. Smakowite wnętrze fabryki czekolady niebezpiecznie zbliża nas do stanu, w którym same myśli o słodyczach zaczynają wymagać od nas zdecydowanej reakcji w postaci przyjęcia dawki insuliny. Z uwagi jednak na kontrowersyjne położenie zawodowe Umpa-Lumpów, książka ta budzi we mnie głęboki niepokój natury pracowniczej i chyba chciałabym, by osoba pasjonująca się Dahlem wyjaśniła mi, co tam się odneoliberalizmowało.

Pani Bovary, Gustaw Flaubert

Klasyka klasyki. Książka, w której tak naprawdę od jedzenia wszystko się zaczyna – to w czasie wystawnego balu u markiza Emma zdaje sobie sprawę z możliwości i wygód, jakie niesie za sobą bogactwo jej męża. Od tamtej pory zachodzi w jej zachowaniu szereg zmian, które rysują nam obraz tytułowej Madame Bovary. Choć najważniejszymi motywami tej książki nie jest jedzenie jako takie, w rzeczywistości odgrywa ono w tej książce rolę marginalną, o tyle pięknie pokazuje, że to nie zawartość talerza tworzy posiłek, ale cały ceremoniał, rytuał związany z jego spożywaniem. Na szczęście rzadko niesie za sobą skutki aż tak tragiczne, jak u Flauberta.

Moje życie we Francji, Julia Child

Przyznaję się – kocham Julię. Co prawda większości jej przepisów nie mogę wykorzystać z uwagi na to, jak mięsną kuchnię promowała, ale – o rany – jej książki to coś wspaniałego! Odkryłam ją oczywiście za sprawą wyśmienitego filmu z Meryl Streep i Amy Adams, a później nasze losy splotły się w moim obsesyjnym wyszukiwaniu jej książek we wszystkich, nawet tych szemranych, księgarniach internetowych (oczywiście chwilę po tym, jak zdobyłam ostatnią książkę, nastąpił dodruk…). Child pisała tak, jak żyła i jadła – zabawnie, głośno, smacznie i nieco hedonistycznie. Jej książki kucharskie to nie tylko przepisy, ale też dokładne, przystępne opisy tego, co należy w danej chwili zrobić, by ciasto urosło, a krem się doskonale ubił. Z kolei jej autobiografia spełnia wszystkie warunki tego, co tego typu literaturę uznaję za udaną – jest dowcipna, szczera, nieco zawadiacka i bardzo, bardzo ciepła. Idealna na te smutne popołudnia, kiedy efekty tłustego czwartku odnotujemy na wadze.

seria Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz

Kilka tygodni temu rozmawiałam z moją dobrą koleżanką o powrotach do perypetii Borejków i przyjaciół i choć obie mamy bardzo mieszane uczucia do tej patriarchalnej w wydźwięku i nieco egzaltowanej serii, zgodnie uznałyśmy, że ich ciągłe podjadanie i raczenie się herbatką buduje bardzo ciepłą atmosferę. W moim rodzinnym domu utarło się nawet wracanie z pracy czy ze szkoły z bombkowo-trombkowym „dzień dobry, przyszłam na obiadek” na ustach. Poza nieszczęsną próbą usmażenia przez Gabę ryby na obiad, Musierowicz raczy nas przecież wstawkami o wybornych naleśnikach, ciastach, ciasteczkach, pieczeniach, sałatkach (tu dominuje Ida) czy tortach. Najlepiej pochłanianych w trakcie lektury. Jeśli tak nie wygląda raj, to nie jestem zainteresowana dostaniem się do niego w jakimkolwiek wcieleniu.

Harry Potter, J. K. Rowling

Podobnie jak w przypadku Umpa-Lumpów, kwestia przygotowywania posiłków w Hogwarcie budzi mój zdecydowany sprzeciw. Choć sama niejednokrotnie piekłam i gotowałam potrawy, których przepisy odnalazłam na stronach poświęconych czarodziejskiej serii, nie dam się przekonać, że w świecie, w którym można w każdej chwili teleportować się z Londynu do Urugwaju, nie można przygotować kolacji inaczej niż przy wykorzystywaniu niewolniczej pracy skrzatów i skrzatek domowych. Dopóki jednak nie odkrywamy tej ciemnej strony Szkoły Magii i Czarodziejstwa, opisy posiłków w tym zamku, jak również fragmenty o śniadaniach w wykonaniu pani Weasley brzmią jak piękny sen restauratora. Jest pachnąco, dostatnio, pysznie! Ciasta dyniowe, piwa kremowe, stosy babeczek, talerze owoców… jadłabym jak szalona! Całe szczęście, że w świecie magii na pewno mają odpowiednie eliksiry na przejedzenie.

Kącik literatury dziecięcej:

Basia i słodycze, Zofia Stanecka, Wyd. EGMONT

Mam słabość do Basi z dwóch powodów. Po pierwsze, jest bohaterką z krwi i kości, nie ma w sobie nic z przesłodzonego obrazu dziecka – złości się, psoci, śmieje, ma swojego ukochanego misia, czasami denerwuje się na rodziców. Po drugie, miałam szczęście pracować z osobami odpowiedzialnymi za produkcję animacji o przygodach Basi i muszę przyznać, że jest to jeden z najwspanialszych zespołów, jaki poznałam. Sami przyznacie, że w tej sytuacji ciężko jest mieć złe skojarzenia z tą małą bohaterką. Książka o słodyczach to przede wszystkim lekcja o umiarze – bez dydaktycznego smrodku nakazującego odrzucenie wszystkich cukrów tego świata czytelnicy i czytelniczki poznają skutki objadania się i złamania diety osób cierpiących na alergie pokarmowe. Lekko i dowcipnie opisywane są nawyki żywieniowe, a także skutki traktowania jedzenia jako nagrody. Basia, choć skierowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym, stanowi doskonały wstęp do rozmów o emocjach, zdrowiu i ciałopozytywności. Nie tylko z dziewczynkami, oczywiście.

Na tym kończę spis lektur na popołudnie pod znakiem cukru i tłuszczu – mam nadzieję, że zbilansowana dawka literatury młodzieżowej, klasycznej i czytadeł zaspokoi gusta każdej i każdego z Was, bo przypominam, że nakarmienie ciała to jedno, ale karmienie głowy to równie ważna, a stanowczo trudniejsza dyscyplina! Tak jak dzisiaj pozwalamy sobie na dyspensę żywieniową, tak dajmy też sobie trochę luzu i śmiało memłajmy się w książkach, o których często myślimy, że „szkoda na nie czasu”. Przecież literatura nie tylko uczy, ale i bawi, prawda?

Smacznego!

Ada

 

 

Paragon:

Czekolada – 24.90 zł

Charlie i fabryka czekolady – 0zł, książka wypożyczona z biblioteki

Moje życie we Francji – 0zł, książka wypożyczona z biblioteki

Pani Bovary – 19,99 zł

Jeżycjada (seria) – 0zł, książki otrzymałam w prezencie

Harry Potter (seria) – 0 zł, książki otrzymałam w prezencie

Basia i słodycze – 0 zł, książka udostępniona w czasie przygotowywania warsztatów dla dzieci

SUMA: 44,89 zł

PS Choć namawiam do praktykowania dolce far niente, bezwzględnie trzymam się jednej zasady dotyczącej słodyczy – zwróćcie uwagę na to, że większość dostępnych na rynku produktów zawiera olej palmowy. Z uwagi na to, że niemal 90% tego tłuszczu pochodzi z miejsc, w których swoje jedyne siedliska mają orangutany borneańskie, szacuje się, że już za 6 (!) lat ich populacja zmniejszy się o 86%. Za ten stan odpowiadają przede wszystkim wielkie korporacje, jednak każdy i każda z nas może dołożyć swoje dwa grosze do poprawy ich losu:

  1. czytajmy etykiety i nie kupujmy produktów zawierających w składzie ten składnik (uwaga – wiele firm zdecydowało się zataić fakt korzystania z oleju palmowego i podpisuje go jako „tłuszcz roślinny”),
  2. jeśli mamy taką możliwość, wesprzyjmy inicjatywę Intenational Animal Rescue i adoptujmy małpę. Szczegóły znajdziecie tutaj. Kilka lat temu adoptowałam razem z kolegą małą Kathy i ani przez pół sekundy nie żałowałam tego, że jej pomogliśmy. Bo – uwaga – NIE DA SIĘ TEGO ŻAŁOWAĆ. To jest niemożliwe! Brzmi kusząco?

Nadia Murad | Ostatnia dziewczyna

Pamiętam doskonale dzień, w którym Human Rights Watch opublikowało raport o stosowaniu masowych gwałtów, przemocy seksualnej jako broni w konfliktach zbrojnych. I pamiętam ten rechot rozbawionej tym dokumentem ogromnej grupy osób, dla których broń musi lśnić i musi mieścić w sobie naboje, a najlepiej lasery i miotacze ognia. A kilka miesięcy później świat obiegła wiadomość, że Pokojowa Nagroda Nobla trafiła do rąk Nadii Murad i doktora Denisa Mukwegego, byłej niewolnicy seksualnej ISIS i lekarza, który niesie pomoc ofiarom przemocy. Wiedziałam już, że kupię książkę Nadii – mojej rówieśnicy, obecnie aktywistki i kobiety, która dała głos skrzywdzonym. I już od wstępu napisanego przez jej adwokatkę, jedną z najwybitniejszych prawniczek zajmujących się prawami człowieka – Amal Clooney – wiedziałam, że mam do czynienie z książką ważną, trudną, zajmującą głowę na dłużej.

Nadia Murad miała dwadzieścia jeden lat, gdy jej rodzinną wioskę znajdująca się w Iraku zaatakowali bojownicy Daesh, zamordowali mężczyzn, oddzielili dzieci od rodziców, a część kobiet przewieźli do swojej bazy w Mosadzie. Tam odebrano im dokumenty, a symbolicznie również tożsamość, sprowadzono je do roli niewolnic, elementu mienia swoich potencjalnych „właścicieli”, a następnie sprzedano jako sabijje. Jako Jezydka była traktowana jak „niewierna”, zastraszona i zmuszona do przyjęcia islamu pozostawała w rękach kolejnych „właścicieli”, którzy regularnie gwałcili ją i torturowali. Dzięki niemal nadludzkiej odwadze wydostała się w niewoli, a obecnie walczy o uratowanie wszystkich osób, którym nadal nie zwrócono wolności. W imieniu swoim, swoich sióstr, krewnych, przyjaciółek i wszystkich Jezydów i Jezydek domaga się też ukarania winnych i postawienia przywódców Państwa Islamskiego przez Międzynarodowym Trybunałem Karnym pod zarzutem dokonania zbrodni ludobójstwa i zbrodni przeciwko ludzkości. I jestem pewna, że z tą determinacją i siłą oraz wielką wiedzą i talentem swojej pełnomocniczki, te dwie wielkie kobiety dopną swego.

 

nadia murad

Ostatnia dziewczyna. O mojej niewoli i walce z Państwem Islamskim to zapis wspomnień Nadii Murad, zredagowany pod profesjonalnym okiem amerykańskiej dziennikarki Jenny Krajeski. Ta zaskakująco szczera historia prowadzi nas od dzieciństwa dziewczyny spędzonego w Koczo, kiedy to poznajemy jej rodzinę, pasje i ambicje, dowiadujemy się, dlaczego Jezydzi bywają uznawani za wyznawców diabła, a następnie śledzimy coraz szybciej narastające niebezpieczeństwo ze strony Państwa Islamskiego. Nadia opisuje dokładnie moment, w którym zmuszono ją do opuszczenia domu, jak mordowano jej braci, jak zawieziono ją razem z innymi dziewczętami do miejsca, w którym sprzedano je jako niewolnice. Opisuje swoje lęki, obawy, dzieli się swoimi przemyśleniami z tamtego okresu i – choć przecież jednoznacznie należy stwierdzić, że jest niewinną ofiarą – niejednokrotnie pisze o tym, jak wstydziła się niektórych swoich działań i zaniechań. Zdaje relację ze swojego wyjazdu do Niemiec, następnie Szwajcarii, gdzie intensywnie walczyła i walczy. O innych. I o siebie. I nie wierzę, że ktokolwiek, kto żyje w przekonaniu, że jest porządnym człowiekiem, może jej i jej podobnym osobom odmawiać prawa do życia w bezpiecznym miejscu.

Ta książka ogromnie mnie poruszyła. Znałam historię Nadii z opracowań, które pojawiały się po ubiegłorocznych Noblach, a jednak przeczytanie jej wspomnień było bardzo trudne. Choć wiem, że nie można porównywać życia Jezydki z Iraku do życia feministki z Europy, to mimowolnie sięgam pamięcią do chwil, gdy bawiłam się w Paryżu, a moja rówieśnica była w niewoli. Gdy zwiedzałam wystawę Picassa, a ona może właśnie w tej chwili była torturowana. Wierzę, że zasmakuje sprawiedliwości, gdy MTK zajmie się sprawą irackich Jezydów i Jezydek. I ta silna, inspirująca dziewczyna z okładki przestanie mieć tak smutne oczy.