Z depresją trzeba delikatnie

Kilka tygodni temu dostałam wiadomość z zaproszeniem do wzięcia udziału w wystawie organizowanej przez Amnesty International i Uniwersytet Gdański. Na czym polegało moje zadanie? Ano na tym, by dość zwięźle opisać moje doświadczenia związane z depresją. Nie mam problemu z mówieniem o tym, że choruję, więc nawet nie byłam zaskoczona tym, że poczta pantoflowa zadziałała tak sprawnie. Zastanawiałam się jednak, czy mam ochotę tak bardzo się uzewnętrznić –  rozmawiałam na ten temat z kilkoma osobami, wreszcie uznałam, że tak, chcę być częścią tej siły, która dobro czyni. Bo wiecie co? Ja chyba już jestem w tym momencie, w którym mogę mówić prawie spokojnie o tym, jak wyglądało balansowanie na granicy życia i śmierci. A moja niezawodna mentorka, prof. Ewa Graczyk (o której książce pisałam tutaj) przekonała mnie, że to, co napisałam, jest ważne, mocne i potrzebne. Całą wystawę możecie obejrzeć na Wydziale Nauk Społecznych UG, a moją pracę znajdziecie poniżej (na samym dole wpisu znajduje się również opis wydarzenia oraz jeden wspaniały TED, który pozwolił mi wyjść z domu po tygodniu leżenia w łóżku).  Wyjątkowo nie życzę miłej lektury, ale serdecznie zapraszam Was do mojego świata, nie będzie miło, ale będzie warto. Jeśli sam/a szukasz pomocy albo czujesz, że potrzebuje jej bliska Ci osoba – nie wahaj się, napisz, pomogę, jak tylko będę mogła (zakładka Kontakt).

***

1.

Co można zrobić w cztery lata? Można zacząć studia i obronić pracę licencjacką. Można pojechać w podróż dookoła świata. Można przeczytać pięćset książek. Można zajść w ciążę i posłać dziecko do przedszkola. Można zostać posłem lub posłanką i doczekać końca kadencji.

Można też cały ten czas chorować. Nie wybrałam tej ostatniej opcji, ale tak się właśnie stało. Nikt nie zapytał mnie wtedy o zdanie, ale za to teraz mogę opowiedzieć Wam historię pewnej choroby. Mojej choroby.

Wszystko zaczęło się tutaj, na Uniwersytecie Gdańskim. Drugi rok prawa, wielkie plany i nadzieje, bogate życie towarzyskie, związek, pasje i działalność społeczna. Wszystko składało się w logiczną całość. Aż nagle, nie wiadomo skąd, z tej eleganckiej układanki odpadł jeden element. Nic się nie stało, zostało tysiąc innych. Za jakiś czas odpadł inny czynnik, później następny.

Trudno – zacisnęłam zęby i uznałam, że jeśli bardziej się postaram, jeśli wezmę się w garść, to nic się nie zmieni. Wystarczy więcej pracować. Jeszcze więcej.

2.

W końcu zaczęłam odpuszczać. Najpierw uznałam, że pasje zabierają mi dużo czasu, przestałam tańczyć. Później skończyłam z wychodzeniem na imprezy, usunęłam z planu spotkania towarzyskie.

Nie działałam już społecznie. Rozpadł się mój związek. Została mi tylko praca, studia i poczucie, że muszę się postarać, bo ewidentnie robię coś nie tak, skoro ciągle nie mam siły.

Zostało jej tylko trochę, w sam raz na wyrzuty sumienia.

Tak, słyszałam od innych, że mam wziąć się w garść. Nie mam odpuszczać. Pożałuję, jeśli czegoś nie zrobię. Wszyscy wiedzieli lepiej, co powinnam.

Słuchałam ich, bo było mi wszystko jedno, co stanie się ze mną, moimi działaniami, moim życiem.

Chciałam tylko wrócić do domu i wejść pod koc.

Najlepiej byłoby, gdybym przy okazji już nigdy się nie obudziła.

3.

To nie jest frazes, że najsmutniejsze osoby wydają się najszczęśliwsze. Kiedy już wychodziłam do ludzi, byłam nieprawdopodobnie zaangażowana w spotkanie. Za fasadą zbudowaną z erudycji i poczucia humoru (zostawmy fałszywą skromność na boku) kryła się zmęczona, pozbawiona woli życia młoda osoba. Nie dajcie się oszukać, depresja wyzwala w ludziach talenty aktorskie, a jej popisowy numer to „dam z siebie wszystko, oby tylko nikt nie zapytał, czy u mnie wszystko w porządku”.

4.

W końcu nadszedł jednak ten dzień. Uznałam, że za długo jest mi źle i czas pójść do lekarza. Na szczęście od zawsze obcy był mi zabobon, że psychiatra to znachor dla wariatów. Na nieszczęście źle trafiłam.

Tak, zdarza się. Wróciłam do udawania, że czuję się świetnie. Czasami tylko zastanawiałam się, czy na pewno dam radę dożyć końca sesji.

Odsunęłam się od ludzi.

Teraz wiem, że wyszło mi to na dobre – tłum znajomych stopniowo się kurczył, w końcu zostało w nim kilka najlepszych przyjaciółek i grono zaufanych kolegów i koleżanek.

Wtedy jednak czułam, że lepiej będzie, jeśli wybiorę samotność. By w razie czego nie robić wokół siebie zamieszania.

5.

Mogłabym stworzyć podium dla moich TOP3 słów choroby.

Pierwsze to „głupi” – wszystko, co robiłam, było głupie i bez sensu.

Drugie to „przesadzam”, bo przecież wystarczy wziąć się za siebie i będzie w porządku.

Wreszcie trzecie to „beznadziejne” – takie było moje życie, taka byłam ja, taka była moja przyszłość.

A skoro rysowała się ona głupia, beznadziejna i bez sensu, to jaki był sens, żeby doszła do skutku?

6.

Jednak w końcu poszłam w do innego lekarza. To był strzał w dziesiątkę. W końcu usłyszałam, że niczego sobie nie wymyśliłam, nie przesadzam – jestem chora i natychmiast zaczynamy leczenie. Byłam już w bardzo złym stanie, nie dokończyłam nawet wypełniać formularza, gdy lekarz uznał, że nie ma na co czekać.

Zaufałam mu i to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu – nie wykluczam, że dzięki niej jestem z Wami.

7.

A teraz brudy, wszyscy lubią brudy. Nie pomagały mi w leczeniu ani studia ani praca. W okresie, gdy wrażliwość nosiłam na wierzchu, zauważyłam, że ludzie bywają podli – okrutni – wstrętni. Swoje kompleksy przelewają na innych bez mrugnięcia okiem. A przynajmniej wystarczająco wielu tak czyni.

Pamiętam każdego prowadzącego, który traktował nas gorzej niż śmieci.

Pamiętam wieczory w pracy, gdy szefowa była na jodze, a mnie przy biurku trzymał Pan Mobbing. Pamiętam to aż za dobrze. I dałam pełne prawo moim przyjaciółkom, by rzuciły we mnie jakimś solidnym woluminem, jeśli kiedykolwiek pozwolę na traktowanie mnie w taki sposób.

8.

Teraz czas na oczyszczenie. Nic nie działa tak dobrze na chorobę psychiczną jak porządna terapia. Poszłam, sprawdziłam, trwam. Kilka pierwszych sesji przepłakałam zupełnie.

Nie wiedziałam, co mówić. Nie wiedziałam, jak się zachować. Na szczęście to nie była moja rola. Prowadziła mnie mądra psycholożka i przeszłam z nią długą drogę, której końca nie widać, ale początek jest już daleko za mną.

Na szczęście.

Przeżyłam też kilka takich momentów, w których nie pomagały terapia i leczenie. I wtedy musiałam wziąć urlop dziekański.

Dostałam skierowanie do szpitala, choć nigdy go nie zrealizowałam. Nie dlatego, że nie chciałam, bynajmniej. Byłam tak przerażona, że pojechałabym autostradą do piekła, gdyby obiecano mi, że poczuję się lepiej. Po prostu nie było miejsca. Witamy w Polsce.

Straciłam sporo znajomych, straciłam werwę, na jakiś czas straciłam wolę życia. Nie straciłam za to ani jednego kilograma (to jest skandal!) i ani jednej przyjaciółki.

Zyskałam ogromną wiedzę o sobie i swojej sile. Zyskałam blizny, które przypominają mi, że wygrałam trudną walkę. Zyskałam nowych znajomych. Zyskałam odwagę, by zmienić plany zawodowe. Zyskałam umiejętność mówienia „nie”. Zyskałam świadomość, że można otaczać się wspaniałymi ludźmi, ale nic się nie stanie, gdy nasze drogi się rozejdą.

Zyskałam nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.

A z czasem zyskałam także miłość.

9.

Jest nas cała armia. Milczących, bo choroba psychiczna nadal jest postrzegana jako powód do wstydu. Cierpiących, bo ciężko przyjąć do wiadomości, że można poprosić o pomoc. Jesteśmy młodzi i starzy, jesteśmy kobietami, mężczyznami, młodzieżą, a nawet dziećmi. Depresja ma jedno imię i wiele twarzy.

Między innymi moją.

To jest skrót mojej historii, to moje świadectwo, mój manifest. Moja prośba o przełamanie tabu. Nie jestem ani szalona ani egzaltowana, po prostu padło na mnie.

Jako dobra uczennica zapamiętałam słowa pewnego polityka, który mówił, żeby nie zatrzymywać się, gdy idzie się przez piekło.

Idę dalej.

Jeśli aż za dobrze wiesz, o czym mówię, chodź ze mną.

10.

Walka trwa.

***

No. Tak, że tego. Dla równowagi zostawiam Was z cudownym TEDem obiecanym na początku wpisu:

Opis wystawy:

Wystawa pt. „Manifest. Uprzedź uprzedzenia” stanowi dopełnienie konferencji „Leczenie duszy i ciała. O współwystępowaniu chorób somatycznych i zaburzeń afektywnych” realizowanej w ramach obchodów Światowego Dnia Walki z Depresją. Chcielibyśmy uchylić drzwi do światów osób, które na co dzień zmagają się z doświadczeniami chorób psychicznych. Poprzez język ukazać to co inne i obce, niezrozumiane i nienazwane, to co „pomiędzy” i to co „na zewnątrz”. Choroby psychicznie nie są abstrakcyjnym konstruktem oderwanym od ludzkich przeżyć, ale są ludzkimi przeżyciami samymi w sobie. Dziś oddajemy głos osobom, które się z nimi mierzą, by włączyć ich w społeczną narrację.

Uniwersytet Otwarty

I na sam koniec:

Chcę z całego serca podziękować organizatorom i organizatorkom wystawy, którzy zaprosili mnie do współpracy. Dziękuję Ewie, Marcie, Ani, Malwinie i oczywiście Michałowi za bezcenne opinie dotyczące mojego tekstu. Dziękuję wszystkim osobom, które choć raz słuchały (i słyszały) moich problemów i nie kazały brać się w garść.

Bez Was nic.

Ada

Paragon (z serdecznymi pozdrowieniami dla Ministerstwa Zdrowia):

ok. 500zł miesięcznie (terapia + leki)

3 odpowiedzi na “Z depresją trzeba delikatnie”

  1. Straszne, jak większość powyższego tekstu to wypisz, wymaluj opis moich ostatnich przeżyć. Bezpowrotnie straciłam tyle lat swojego życia. I niby nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, wiele jeszcze przede mną (w tym drugim szczerze pokładam wiarę)… ale takie liceum na przykład się nie powtórzy, czyż nie?

    U mnie jak najbardziej skończyło się szpitalem. Choć zabawiłam w nim ledwie tydzień, to właśnie tam trafiłam na specjalistów, a właściwie specjalistki, u których leczyłam się już po opuszczeniu oddziału i które faktycznie mi pomogły. Mam za sobą pół dekady walki z depresją, byłam u kilku lekarzy i – jeśli pominąć miniony rok – praktycznie na nic się zdawali. Leki ciut polepszały mój stan, ale choroba de facto zagościła się tu na dobre, chcąc nie chcąc nauczyłam się z nią (mimo niej) żyć, „trudno, cóż zrobić”. Jako tako funkcjonowałam. Do czasu.

    Sama pamiętam, jak kiedyś naiwnie słucham rad z cyklu „weź się w garść”… zaś obecnie nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy ktoś, nierzadko w dobrej wierze, w podobny sposób usiłuje „wesprzeć” osobę chorą. Takie posty jak Twój są, niestety, naszemu społeczeństwu bardzo, bardzo potrzebne.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję za ten komentarz!

      U mnie pomogło dopiero połączenie leków i terapii, to już piąty rok mojego zmagania się z depresją, a tak naprawdę od raptem kilku miesięcy czuję się trochę lepiej.

      Damy radę! To jest doświadczenie, które okropnie wyniszcza, ale w efekcie mam nadzieję utwierdzi nas w przekonaniu, że teraz już nic nas nie złamie 😉 Zdrowia!

      Polubione przez 1 osoba

      1. No, ja również uczęszczam na terapię. Wyjątkowo niskie poczucie wartości (odkąd pamiętam) to moje drugie imię, a tego nie da się wyplenić lekami. Zresztą wyniszczały mnie też inne… nawyki i cechy osobowości, że tak to ujmę. En somme: jest co przepracowywać. Niemniej jeszcze przed kilkoma miesiącami nie bardzo miałam kontakt z rzeczywistością, często nawet nie byłam w stanie nawet zwlec się z łóżka, aby napić się wody etc. i intensywna praca nad sobą nie wchodziła w grę, bo zwyczajnie nie miałam siły myśleć o czymkolwiek. 🙂 (Dobra, właściwie to o czymkolwiek prócz własnej śmierci…) Dobrze dobrane (w końcu!) leki wyciągnęły mnie z najcięższej postaci depresji, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam.

        Nie wróciłam jeszcze całkiem do formy, aktualnie ani nie pracuję tyle, by się utrzymać z własnych pieniędzy, ani nie studiuję. Z życiem towarzyskim też nie idzie mi jakoś rewelacyjnie – ale przede wszystkim w środku mnie samej tkwi wiele myśli, emocji, z którymi nie potrafię się pogodzić, a z których istnienia nawet nie zdawałam sobie sprawy, gdy władała mną depresja (bo wówczas odczuwałam li i jedynie okropną pustkę). Bez terapii się zatem nie obejdzie.

        I to właśnie jest dla mnie „plus depresji” (Boże, jak to dziwnie brzmi): wreszcie przejrzałam na oczy, staram nie obwiniać się za wszelkie prawdziwe i wyimaginowane porażki, nie stawiam sobie warunków typu „jeśli nie uda mi się X i Y, będę kompletnym śmieciem”, a ponadto zaczynam w końcu rozumieć samą siebie – skąd wzięły się u mnie pewne myśli i zachowania, które przysporzyły mi problemów. Lepiej późno niż wcale. Zgadzam się też, że przezwyciężenie tej choroby pomaga uwierzyć we własną wytrwałość. Każdy kolejny, choćby najmniejszy, krok w stronę powrotu do zdrowia nastraja mnie pozytywnie, a to jest mi potrzebne teraz bardziej, niż kiedykolwiek. Widać światełko w tunelu.

        Także zdrowia!

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s