W książkach czasami trzeba się rozmemłać

Wpadłam wczoraj w blogową panikę – była sobota, został więc jeden dzień do publikacji nowego wpisu, a ja słodko nurzałam się w biografii Poświatowskiej, którą chciałam uczynić bohaterką dzisiejszego tekstu. Na szczęście zanim rzuciłam wszystko, by szybko dokończyć książkę przypomniało mi się, że jeszcze mnie do końca nie pogrzało i nie zamierzam robić z mojego ukochanego zajęcia wyścigów. Uff! Perfekcjonizm znowu znokautowany! Co więcej, gdy już tak leżał na deskach, odłożyłam zupełnie „Uparte serce” i zaczęłam czytać inną książkę. I co mi zrobicie? Tu zostawiam miejsce na diaboliczny śmiech.

Co prawda moja obsesja związana z byciem sumienną i rzetelną prymuską to kwestia na terapię, a nie na wpis, ale to ona stała się przyczynkiem do tego, że postanowiłam wpuścić trochę świeżego (wiosennego!) powietrza na Drogę Czytania i napisać kilka słów nie tyle o książkach, a raczej o tym, jak cudownie jest się w nich czasami rozmemłać.

Zwykle jestem bardzo poukładana i skrupulatna, nie spóźniam się, co wieczór wykreślam z kalendarza wszystkie sprawy, które miałam załatwić danego dnia. Mam nawet w głowie plan planowania plannera. I byłabym bardzo, bardzo nieszczęśliwa, gdyby tak samo uporządkowane i przewidywalne było moje życie pozazawodowe. Serio. Nie to, żeby mój grafik nie był wypełniony aż do czerwca, ale wszystkie te luki oraz specjalnie wygospodarowane momenty na czas dla siebie staram się spędzać na odpoczynku (jako urodzona pracoholiczka staram się bardzo zwracać na to uwagę). Spotykam się z ludźmi, oglądam filmy, wychodzę do kina, teatru i na wystawy, a przede wszystkim czytam. I rzeczywiście czytam bardzo dużo, czasami kilka książek tygodniowo, choć kursuję między dwoma domami i pracuję na etacie. Może właśnie dlatego nauczyłam się czytać w każdych warunkach i okolicznościach – w autobusie, kolejce, poczekalniach, przystankach, na nudnych wykładach, leżąc, siedząc i chodząc. W zasadzie wystarczy mi względnie stabilne podłoże i światło. No i książka.

W ogóle uważam, że z czytaniem jest jak z jedzeniem – niektórym wystarczy jakaś papka, inni szukają tego, co modne i ładnie będzie wyglądać na Instagramie, jedni mają swój określony ceremoniał, inni ciągle próbują czegoś nowego. I jak długo jemy treściwie, jest w porządku, choć nie ukrywam, że ja lubię moją głowę odżywiać często i to dobrą jakościowo strawą. Czasami sięgam po niektóre pozycje z rozsądku (Marquez), które traktuję trochę jak tran (wypada, ale miejmy to szybko za sobą), po inne z czystej miłości do czytania (dobra, zdrowa kuchnia), a po jeszcze inne dla grzesznej przyjemności czytania książki niskich lotów, w sam raz na humor niskiej jakości (tabliczka czekolady i dwa ciastka). I tak samo jak z jedzeniem, lubię wtedy dobrze wgryźć się w każde danie, rozmemłać się w nim i kosztować bez zbędnego pośpiechu. A później sobie jeszcze odpocząć i pomyśleć o tym, jak udany był to posiłek. Może dlatego z taką rezerwą podchodzę do blogów, na których codziennie pojawia się nowa recenzja? Brakuje mi w nim tego elementu rodem z pięknej Italii? Tego słonecznego dolce far niente?

W każdym razie dzisiaj wpisu o Poświatowskiej ani o żadnej innej pisarce nie będzie, bo zachłanna ze mnie bestia i rozgrzebałam się w sześciu różnych książkach, a zanim nadejdzie chwila na polecanie, muszę się dobrze nakosztować tych dobroci – przecież nie będę Wam polecać niczego, czego jeszcze nie jestem pewna, jeszcze Wam zaszkodzi.

Memłajcie się w swoich książkach!

Ada

wpis
Źródło: Pinterest (moją tablicę o książkach znajdziecie tu)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s