Tłusty czwartek nadchodzi | Literackie słodkości

Czy wiecie, że w ostatni wtorek karnawału Francuzi i Francuzki obchodzą mardi gras, czyli dzień, w którym zajadają się pączkami, ciastkami, goframi i ósmym cudem świata, czyli crepes suzette – delikatnymi, kruchymi naleśnikami z sosem pomarańczowym? Z kolei moje dziwaczne talenty przejawiające się w umiejętności przerzucania naleśników w trakcie czytania książki mogłabym wykorzystać w Wielkiej Brytanii, gdzie rokrocznie odbywa się pancake race – ostatni wtorek karnawału to w tym państwie okazja do pochłaniania zatrważających ilości naleśników i urządzania zawodów w biegu, w trakcie którego należy wywijać patelnią niczym sama Magda Gessler. Skandynawia przed Wielkim Postem zaczyna natomiast pachnieć drożdżówkami z cynamonem, a w Rosji przez cały tydzień podaje się bliny – dla każdego coś pysznego! Rozmyślając już o tym, ile w tym roku będę stała w kolejce po najlepsze pączki w Gdańsku (#DrużynaBajadera!) zastanawiałam się, jakie książki kojarzą mi się najsmaczniej. I ku mojemu zaskoczeniu, odnalazłam ich naprawdę wiele – złapcie zatem jakiś talerzyk faworków i czytajcie dalej!

Czekolada, Joanne Harris

O tej książce pisałam już w TYM wpisie, jednak nie mogę jej przemilczeć – jeśli zamiast puchatych wypieków wolicie czekoladowe cokolwiek, to ta książka jest właśnie dla Was. Oczywiście jest to lektura przede wszystkim o odwadze, człowieczeństwie, miłości i wielkiej sile kobiecej solidarności, ale fragmenty, w których główna bohaterka przygotowuje produkty do swojego sklepu pobudzą ślinianki nawet najbardziej restrykcyjnej fit-insta-blogerki. Jest pysznie, jest zmysłowo, jest słodko. Absolutnie odradzam jednak czytanie jej w trakcie diety, chyba że macie nadludzką siłę woli.

Charlie i fabryka czekolady, Roald Dahl

Nie wiem, jak to się stało, ale ominął mnie gimnazjalny epizod zaczytywania się Dahlem i dopiero teraz stopniowo nadrabiam lekturę jego powieści. Poziom dziwactwa jego bohaterów i bohaterek nieco koliduje z moim gustem, ale po nadrobieniu kilku tytułów z uznaniem zerkam na półki moich uczniów i uczennic, na których dumnie piętrzą się jego dzieła. Smakowite wnętrze fabryki czekolady niebezpiecznie zbliża nas do stanu, w którym same myśli o słodyczach zaczynają wymagać od nas zdecydowanej reakcji w postaci przyjęcia dawki insuliny. Z uwagi jednak na kontrowersyjne położenie zawodowe Umpa-Lumpów, książka ta budzi we mnie głęboki niepokój natury pracowniczej i chyba chciałabym, by osoba pasjonująca się Dahlem wyjaśniła mi, co tam się odneoliberalizmowało.

Pani Bovary, Gustaw Flaubert

Klasyka klasyki. Książka, w której tak naprawdę od jedzenia wszystko się zaczyna – to w czasie wystawnego balu u markiza Emma zdaje sobie sprawę z możliwości i wygód, jakie niesie za sobą bogactwo jej męża. Od tamtej pory zachodzi w jej zachowaniu szereg zmian, które rysują nam obraz tytułowej Madame Bovary. Choć najważniejszymi motywami tej książki nie jest jedzenie jako takie, w rzeczywistości odgrywa ono w tej książce rolę marginalną, o tyle pięknie pokazuje, że to nie zawartość talerza tworzy posiłek, ale cały ceremoniał, rytuał związany z jego spożywaniem. Na szczęście rzadko niesie za sobą skutki aż tak tragiczne, jak u Flauberta.

Moje życie we Francji, Julia Child

Przyznaję się – kocham Julię. Co prawda większości jej przepisów nie mogę wykorzystać z uwagi na to, jak mięsną kuchnię promowała, ale – o rany – jej książki to coś wspaniałego! Odkryłam ją oczywiście za sprawą wyśmienitego filmu z Meryl Streep i Amy Adams, a później nasze losy splotły się w moim obsesyjnym wyszukiwaniu jej książek we wszystkich, nawet tych szemranych, księgarniach internetowych (oczywiście chwilę po tym, jak zdobyłam ostatnią książkę, nastąpił dodruk…). Child pisała tak, jak żyła i jadła – zabawnie, głośno, smacznie i nieco hedonistycznie. Jej książki kucharskie to nie tylko przepisy, ale też dokładne, przystępne opisy tego, co należy w danej chwili zrobić, by ciasto urosło, a krem się doskonale ubił. Z kolei jej autobiografia spełnia wszystkie warunki tego, co tego typu literaturę uznaję za udaną – jest dowcipna, szczera, nieco zawadiacka i bardzo, bardzo ciepła. Idealna na te smutne popołudnia, kiedy efekty tłustego czwartku odnotujemy na wadze.

seria Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz

Kilka tygodni temu rozmawiałam z moją dobrą koleżanką o powrotach do perypetii Borejków i przyjaciół i choć obie mamy bardzo mieszane uczucia do tej patriarchalnej w wydźwięku i nieco egzaltowanej serii, zgodnie uznałyśmy, że ich ciągłe podjadanie i raczenie się herbatką buduje bardzo ciepłą atmosferę. W moim rodzinnym domu utarło się nawet wracanie z pracy czy ze szkoły z bombkowo-trombkowym „dzień dobry, przyszłam na obiadek” na ustach. Poza nieszczęsną próbą usmażenia przez Gabę ryby na obiad, Musierowicz raczy nas przecież wstawkami o wybornych naleśnikach, ciastach, ciasteczkach, pieczeniach, sałatkach (tu dominuje Ida) czy tortach. Najlepiej pochłanianych w trakcie lektury. Jeśli tak nie wygląda raj, to nie jestem zainteresowana dostaniem się do niego w jakimkolwiek wcieleniu.

Harry Potter, J. K. Rowling

Podobnie jak w przypadku Umpa-Lumpów, kwestia przygotowywania posiłków w Hogwarcie budzi mój zdecydowany sprzeciw. Choć sama niejednokrotnie piekłam i gotowałam potrawy, których przepisy odnalazłam na stronach poświęconych czarodziejskiej serii, nie dam się przekonać, że w świecie, w którym można w każdej chwili teleportować się z Londynu do Urugwaju, nie można przygotować kolacji inaczej niż przy wykorzystywaniu niewolniczej pracy skrzatów i skrzatek domowych. Dopóki jednak nie odkrywamy tej ciemnej strony Szkoły Magii i Czarodziejstwa, opisy posiłków w tym zamku, jak również fragmenty o śniadaniach w wykonaniu pani Weasley brzmią jak piękny sen restauratora. Jest pachnąco, dostatnio, pysznie! Ciasta dyniowe, piwa kremowe, stosy babeczek, talerze owoców… jadłabym jak szalona! Całe szczęście, że w świecie magii na pewno mają odpowiednie eliksiry na przejedzenie.

Kącik literatury dziecięcej:

Basia i słodycze, Zofia Stanecka, Wyd. EGMONT

Mam słabość do Basi z dwóch powodów. Po pierwsze, jest bohaterką z krwi i kości, nie ma w sobie nic z przesłodzonego obrazu dziecka – złości się, psoci, śmieje, ma swojego ukochanego misia, czasami denerwuje się na rodziców. Po drugie, miałam szczęście pracować z osobami odpowiedzialnymi za produkcję animacji o przygodach Basi i muszę przyznać, że jest to jeden z najwspanialszych zespołów, jaki poznałam. Sami przyznacie, że w tej sytuacji ciężko jest mieć złe skojarzenia z tą małą bohaterką. Książka o słodyczach to przede wszystkim lekcja o umiarze – bez dydaktycznego smrodku nakazującego odrzucenie wszystkich cukrów tego świata czytelnicy i czytelniczki poznają skutki objadania się i złamania diety osób cierpiących na alergie pokarmowe. Lekko i dowcipnie opisywane są nawyki żywieniowe, a także skutki traktowania jedzenia jako nagrody. Basia, choć skierowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym, stanowi doskonały wstęp do rozmów o emocjach, zdrowiu i ciałopozytywności. Nie tylko z dziewczynkami, oczywiście.

Na tym kończę spis lektur na popołudnie pod znakiem cukru i tłuszczu – mam nadzieję, że zbilansowana dawka literatury młodzieżowej, klasycznej i czytadeł zaspokoi gusta każdej i każdego z Was, bo przypominam, że nakarmienie ciała to jedno, ale karmienie głowy to równie ważna, a stanowczo trudniejsza dyscyplina! Tak jak dzisiaj pozwalamy sobie na dyspensę żywieniową, tak dajmy też sobie trochę luzu i śmiało memłajmy się w książkach, o których często myślimy, że „szkoda na nie czasu”. Przecież literatura nie tylko uczy, ale i bawi, prawda?

Smacznego!

Ada

 

 

Paragon:

Czekolada – 24.90 zł

Charlie i fabryka czekolady – 0zł, książka wypożyczona z biblioteki

Moje życie we Francji – 0zł, książka wypożyczona z biblioteki

Pani Bovary – 19,99 zł

Jeżycjada (seria) – 0zł, książki otrzymałam w prezencie

Harry Potter (seria) – 0 zł, książki otrzymałam w prezencie

Basia i słodycze – 0 zł, książka udostępniona w czasie przygotowywania warsztatów dla dzieci

SUMA: 44,89 zł

PS Choć namawiam do praktykowania dolce far niente, bezwzględnie trzymam się jednej zasady dotyczącej słodyczy – zwróćcie uwagę na to, że większość dostępnych na rynku produktów zawiera olej palmowy. Z uwagi na to, że niemal 90% tego tłuszczu pochodzi z miejsc, w których swoje jedyne siedliska mają orangutany borneańskie, szacuje się, że już za 6 (!) lat ich populacja zmniejszy się o 86%. Za ten stan odpowiadają przede wszystkim wielkie korporacje, jednak każdy i każda z nas może dołożyć swoje dwa grosze do poprawy ich losu:

  1. czytajmy etykiety i nie kupujmy produktów zawierających w składzie ten składnik (uwaga – wiele firm zdecydowało się zataić fakt korzystania z oleju palmowego i podpisuje go jako „tłuszcz roślinny”),
  2. jeśli mamy taką możliwość, wesprzyjmy inicjatywę Intenational Animal Rescue i adoptujmy małpę. Szczegóły znajdziecie tutaj. Kilka lat temu adoptowałam razem z kolegą małą Kathy i ani przez pół sekundy nie żałowałam tego, że jej pomogliśmy. Bo – uwaga – NIE DA SIĘ TEGO ŻAŁOWAĆ. To jest niemożliwe! Brzmi kusząco?
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s