Bajki – szachrajki

Ten wpis dedykuję  małemu i puchatemu Olafowi, dla którego jest to pierwszy Dzień Dziecka, jak również wszystkim tym, którzy nadal noszą w sobie przygody swoich dziecięcych, literackich przyjaciół i przyjaciółek.

 

Dzień dobry w Dzień Dziecka!

Mam nadzieję, że ten piękny dzień spędzicie w najlepszym towarzystwie (nawet jest po prostu własnym) jedząc najpyszniejsze słodycze i oglądając najlepsze bajki. A jeśli znajdziecie trochę wolnego czasu, być może uda się Wam nawet sięgnąć do swoich ukochanych książek z dzieciństwa.

Nie wiem, czy zauważyliście i zauważyłyście, ale od jakiegoś czasu przybywa dziecięcych publikacji,w których główne skrzypce grają rezolutne i silne dziewczynki. Wspaniała sprawa! Niestety, oczywiście zaraz obok musi pojawić się podzielone na dwie grupy grono malkontentów – jedna grupa uważa, że to genderowe głupoty, a druga, że „o rany, no w końcu, reprezentacja jakaś, czas najwyższy”. Pierwszej grupy nawet komentować nie będę, bo to wesoły dzień i nie ma sensu się nad nikim pastwić, ale druga grupa naprawdę mnie zastanawia. Nie zrozumcie mnie źle, jeśli tylko można się do czegokolwiek przywalić, to ja zawsze bardzo chętnie, owszem i z rozkoszą, ale w tym przypadku ogarnia mnie pusty śmiech na widok komentarzy, zgodnie z którymi wszystkie silne postaci kobiece w bajkach dla dzieci najwyraźniej dogorywały w ostatnich dekadach pod kamieniem i dopiero wspaniały popfeminizm wyciągnął je na środek sceny. Basia, o którą toczono awantury, Ania z Zielonego Wzgórza, Ronja, córka zbójnika, całe stado mniej lub bardziej wyemancypowanych księżniczek i wróżek, Karolcia, Kangurzyca, Alicja w Krainie Czarów… mogłaby wymieniać tak dalej, ale myślę, że udało się Wam już złapać przekaz. Oczywiście, zawsze z wielką radością witam nowe bohaterki zwiększające tę znacznie skromniejszą od męskiej reprezentację, jednak bardzo nie chciałabym, by w morzu wydawniczych reklam zginęły gdzieś te postaci, które dla kilku pokoleń stały się prawdziwymi ikonami i pięknymi dowodami na to, że dziewczynki mogą osiągnąć wszystko, co tylko sobie wymarzą. Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was wpis o moich ukochanych bohaterkach z dzieciństwa. Do ich historii wracam myślami w chwilach zwątpienia nawet teraz, gdy jestem już dorosła i piórnik w księżniczki zamieniłam na piórnik w rowery. Zresztą nieważne. Głupi przykład. Na szczęście bohaterki wspaniałe!

Ania Shirley

L.M. Montgomery, seria „Ania z Zielonego Wzgórza”

Pisałam już kiedyś o moim głębokim przekonaniu, że Ania Shirley była klasycznym przykładem emancypantki, która nie była zainteresowana rolą, w jakiej widziało ją jej środowisko i skutecznie dążyła do zdobycia wymarzonego wykształcenia i pracy, na każdym kroku deklasując swoich konkurentów i konkurentki, szczerze, ale stanowczo rozprawiając się z natarczywymi kandydatami do małżeństwa i cierpliwie i wytrwale budując życie uszyte według własnego ściegu. Od chwili, w której poznajemy małą, zagubioną dziewczynkę, która nieświadomie upija swoją przyjaciółkę i zupełnie świadomie krzyczy na starszą sąsiadkę, która pozwala sobie na niesprawiedliwe i grubiańskie uwagi do momentu, w którym żegnamy się z dorosłą, doświadczoną i mądrą kobietą, mamy okazję przyglądać się jej determinacji, sile i pięknej duszy. Dla mnie poznanie serii o Ani było jednym z najważniejszych literackich doświadczeń i nie wiem, ile razy myślałam o niej ucząc się do przeraźliwie trudnego egzaminu albo przygotowując się do poważnej rozmowy. Być może dlatego, że w jej zachowaniu i charakterze widziałam potężną dawkę samej siebie, stała mi się ona na tyle bliska, że nie tylko kolejny raz wspominam o niej na blogu, ale też mam nadzieję, że sami i same sięgnięcie (być może ponownie) do jej przygód, a przede wszystkim nie pozwolicie, by Wasze dzieci przeszły przez swoje młode lata nie wiedząc, za co tak bardzo kocha się Avonlea.

 

pippi

 

Pippilotta Viktualia Firanella Złotmonetta Pończoszanka

A. Lindgren, seria „Pippi Pończoszanka”

Jeśli Ania jest wcieleniem delikatności i kruchości, to Pippi jest synonimem fantazji i absurdu. Z jakiegoś powodu nazywana przez całe lata Fizią (błagam, nie) mieszkanka Willi Śmiesznotki i opiekunka konia i małpki jest chyba najbarwniejszą postacią w historii literatury dziecięcej. Choć wiele jej historii zostało przez nią zmyślonych, faktem pozostaje, że Pippi jest pewnym symbolem tego, jak figlarne i beztroskie życie chciałyby wieść dzieci, gdyby tylko nie ograniczał ich system nakazów i zakazów funkcjonujących w dorosłym świecie. Chodzenie po drzewach i urządzanie szalonych wycieczek to przecież nic w porównaniu z tym, jak rozprawiła się ze złodziejami (fandomie Kevina, proszę się rozejść, królowa jest tylko jedna)! Pamiętam, jak moi rodzice czytywali mi wieczorami o jej występkach i, choć te przygody bardzo mnie bawiły, nigdy nie byłam na tyle przebojowym dzieckiem, by utożsamiać się z tą postacią. Na pewnym etapie życia zrozumiałam jednak, że każda osoba ma w sobie trochę z Pippi. I wspaniałą rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić, to pozwolić jej dojść do głosu. W końcu jeśli rozrabiać, to tylko tak jak Pippi. Tylko koni nie podnoście, bo z ortopedią w Polsce to wiadomo, jak jest.

Hermiona Granger

J.K. Rowling, seria „Harry Potter”

Jak wiadomo, Millenialsi niszczą rynek pracy, piją sojowe latte z własnych kubków i jedzą awokado na kilogramy. To wiedza powszechna. Taka z Instytutu Badań z Czapy, ale powszechna. A tak naprawdę to przede wszystkim chcemy nie umrzeć w wyniku wojen klimatycznych i może mieć jakiś własny kąt. To, co jednak łączy nas na pewno, to fakt, że przez jakiś fragment naszego dzieciństwa czy młodości przetoczyła się Pottermania, a Hermiona, arcyzdolna czarownica, stała się naszą ikoną. Tego, że wolno być prymuską, że można działać społecznie, że nie trzeba przedkładać urody nad wiedzę, że można sobie żyć po swojemu i starać się mieć w nosie tych, którym się to z różnych względów nie podoba. W dzieciństwie sama byłam prymuską i nieźle dostałam za to po głowie. Czasami myślę, że nadal to odchorowuję, ale w chwilach, gdy było mi bardzo źle, sięgałam do serii o Harrym Potterze i myślałam, że Hermiona też musiała wiele dźwignąć, a mimo to nie tylko była wspaniałą, wybitną czarownicą, ale też walczyła o sprawiedliwość dla tych, o których nikt się nie upominał. I choć wszyscy śmiali się z jej stowarzyszenia „Walka o Emancypację Skrzatów Zniewolonych”, najsłynniejszego wolnego skrzata opłakiwaliśmy i opłakiwałyśmy zanosząc się grupowym szlochem. Nie udawajcie, że nie. Myśląc o Hermionie i innych bohaterkach tego uniwersum, przychodzi mi również do głowy kwestia ich wpływu na rozumienie feminizmu – J.K. Rowling zadbała o to, by te postaci pomogły nam zapamiętać, że feminizm ma wiele twarzy, a choć silne kobiety mogą przerażać, to bez nich nie udałoby się uratować Hogwartu. Zaprzątnięta domem Molly, robiąca karierę Minerwa, bujająca w obłokach Luna, przebojowa Ginny, skrupulatna Hermiona czy dzielna Lily – wszystkie różne, wszystkie wspaniałe. Kto nie czyta, ten mugol!

 

droga czy tania (1)

 

Nieco rozprawiwszy się z wydawniczą histerią, pozostaję mi życzyć Wam wspaniałego Dnia Dziecka i obiecać, że naprawdę postaram się już więcej nie pisać o tych bohaterkach. Może czasami jeszcze przypomnę Wam o tym, że warto wracać do ich przygód. I że warto przypominać sobie i innym, że silne bohaterki istnieją w książkach. I w prawdziwym świecie. I że, najprawdopodobniej, jeśli sama czujesz się kobietą, z różnych powodów jesteś jedną z nich.

Ściskam Was mocno

Ada

Paragon:

0 zł, wszystkie książki dostałam od Rodziców, proszę nie mieć żalu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s