Z depresją trzeba delikatnie

Kilka tygodni temu dostałam wiadomość z zaproszeniem do wzięcia udziału w wystawie organizowanej przez Amnesty International i Uniwersytet Gdański. Na czym polegało moje zadanie? Ano na tym, by dość zwięźle opisać moje doświadczenia związane z depresją. Nie mam problemu z mówieniem o tym, że choruję, więc nawet nie byłam zaskoczona tym, że poczta pantoflowa zadziałała tak sprawnie. Zastanawiałam się jednak, czy mam ochotę tak bardzo się uzewnętrznić –  rozmawiałam na ten temat z kilkoma osobami, wreszcie uznałam, że tak, chcę być częścią tej siły, która dobro czyni. Bo wiecie co? Ja chyba już jestem w tym momencie, w którym mogę mówić prawie spokojnie o tym, jak wyglądało balansowanie na granicy życia i śmierci. A moja niezawodna mentorka, prof. Ewa Graczyk (o której książce pisałam tutaj) przekonała mnie, że to, co napisałam, jest ważne, mocne i potrzebne. Całą wystawę możecie obejrzeć na Wydziale Nauk Społecznych UG, a moją pracę znajdziecie poniżej (na samym dole wpisu znajduje się również opis wydarzenia oraz jeden wspaniały TED, który pozwolił mi wyjść z domu po tygodniu leżenia w łóżku).  Wyjątkowo nie życzę miłej lektury, ale serdecznie zapraszam Was do mojego świata, nie będzie miło, ale będzie warto. Jeśli sam/a szukasz pomocy albo czujesz, że potrzebuje jej bliska Ci osoba – nie wahaj się, napisz, pomogę, jak tylko będę mogła (zakładka Kontakt).

***

1.

Co można zrobić w cztery lata? Można zacząć studia i obronić pracę licencjacką. Można pojechać w podróż dookoła świata. Można przeczytać pięćset książek. Można zajść w ciążę i posłać dziecko do przedszkola. Można zostać posłem lub posłanką i doczekać końca kadencji.

Można też cały ten czas chorować. Nie wybrałam tej ostatniej opcji, ale tak się właśnie stało. Nikt nie zapytał mnie wtedy o zdanie, ale za to teraz mogę opowiedzieć Wam historię pewnej choroby. Mojej choroby.

Wszystko zaczęło się tutaj, na Uniwersytecie Gdańskim. Drugi rok prawa, wielkie plany i nadzieje, bogate życie towarzyskie, związek, pasje i działalność społeczna. Wszystko składało się w logiczną całość. Aż nagle, nie wiadomo skąd, z tej eleganckiej układanki odpadł jeden element. Nic się nie stało, zostało tysiąc innych. Za jakiś czas odpadł inny czynnik, później następny.

Trudno – zacisnęłam zęby i uznałam, że jeśli bardziej się postaram, jeśli wezmę się w garść, to nic się nie zmieni. Wystarczy więcej pracować. Jeszcze więcej.

2.

W końcu zaczęłam odpuszczać. Najpierw uznałam, że pasje zabierają mi dużo czasu, przestałam tańczyć. Później skończyłam z wychodzeniem na imprezy, usunęłam z planu spotkania towarzyskie.

Nie działałam już społecznie. Rozpadł się mój związek. Została mi tylko praca, studia i poczucie, że muszę się postarać, bo ewidentnie robię coś nie tak, skoro ciągle nie mam siły.

Zostało jej tylko trochę, w sam raz na wyrzuty sumienia.

Tak, słyszałam od innych, że mam wziąć się w garść. Nie mam odpuszczać. Pożałuję, jeśli czegoś nie zrobię. Wszyscy wiedzieli lepiej, co powinnam.

Słuchałam ich, bo było mi wszystko jedno, co stanie się ze mną, moimi działaniami, moim życiem.

Chciałam tylko wrócić do domu i wejść pod koc.

Najlepiej byłoby, gdybym przy okazji już nigdy się nie obudziła.

3.

To nie jest frazes, że najsmutniejsze osoby wydają się najszczęśliwsze. Kiedy już wychodziłam do ludzi, byłam nieprawdopodobnie zaangażowana w spotkanie. Za fasadą zbudowaną z erudycji i poczucia humoru (zostawmy fałszywą skromność na boku) kryła się zmęczona, pozbawiona woli życia młoda osoba. Nie dajcie się oszukać, depresja wyzwala w ludziach talenty aktorskie, a jej popisowy numer to „dam z siebie wszystko, oby tylko nikt nie zapytał, czy u mnie wszystko w porządku”.

4.

W końcu nadszedł jednak ten dzień. Uznałam, że za długo jest mi źle i czas pójść do lekarza. Na szczęście od zawsze obcy był mi zabobon, że psychiatra to znachor dla wariatów. Na nieszczęście źle trafiłam.

Tak, zdarza się. Wróciłam do udawania, że czuję się świetnie. Czasami tylko zastanawiałam się, czy na pewno dam radę dożyć końca sesji.

Odsunęłam się od ludzi.

Teraz wiem, że wyszło mi to na dobre – tłum znajomych stopniowo się kurczył, w końcu zostało w nim kilka najlepszych przyjaciółek i grono zaufanych kolegów i koleżanek.

Wtedy jednak czułam, że lepiej będzie, jeśli wybiorę samotność. By w razie czego nie robić wokół siebie zamieszania.

5.

Mogłabym stworzyć podium dla moich TOP3 słów choroby.

Pierwsze to „głupi” – wszystko, co robiłam, było głupie i bez sensu.

Drugie to „przesadzam”, bo przecież wystarczy wziąć się za siebie i będzie w porządku.

Wreszcie trzecie to „beznadziejne” – takie było moje życie, taka byłam ja, taka była moja przyszłość.

A skoro rysowała się ona głupia, beznadziejna i bez sensu, to jaki był sens, żeby doszła do skutku?

6.

Jednak w końcu poszłam w do innego lekarza. To był strzał w dziesiątkę. W końcu usłyszałam, że niczego sobie nie wymyśliłam, nie przesadzam – jestem chora i natychmiast zaczynamy leczenie. Byłam już w bardzo złym stanie, nie dokończyłam nawet wypełniać formularza, gdy lekarz uznał, że nie ma na co czekać.

Zaufałam mu i to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu – nie wykluczam, że dzięki niej jestem z Wami.

7.

A teraz brudy, wszyscy lubią brudy. Nie pomagały mi w leczeniu ani studia ani praca. W okresie, gdy wrażliwość nosiłam na wierzchu, zauważyłam, że ludzie bywają podli – okrutni – wstrętni. Swoje kompleksy przelewają na innych bez mrugnięcia okiem. A przynajmniej wystarczająco wielu tak czyni.

Pamiętam każdego prowadzącego, który traktował nas gorzej niż śmieci.

Pamiętam wieczory w pracy, gdy szefowa była na jodze, a mnie przy biurku trzymał Pan Mobbing. Pamiętam to aż za dobrze. I dałam pełne prawo moim przyjaciółkom, by rzuciły we mnie jakimś solidnym woluminem, jeśli kiedykolwiek pozwolę na traktowanie mnie w taki sposób.

8.

Teraz czas na oczyszczenie. Nic nie działa tak dobrze na chorobę psychiczną jak porządna terapia. Poszłam, sprawdziłam, trwam. Kilka pierwszych sesji przepłakałam zupełnie.

Nie wiedziałam, co mówić. Nie wiedziałam, jak się zachować. Na szczęście to nie była moja rola. Prowadziła mnie mądra psycholożka i przeszłam z nią długą drogę, której końca nie widać, ale początek jest już daleko za mną.

Na szczęście.

Przeżyłam też kilka takich momentów, w których nie pomagały terapia i leczenie. I wtedy musiałam wziąć urlop dziekański.

Dostałam skierowanie do szpitala, choć nigdy go nie zrealizowałam. Nie dlatego, że nie chciałam, bynajmniej. Byłam tak przerażona, że pojechałabym autostradą do piekła, gdyby obiecano mi, że poczuję się lepiej. Po prostu nie było miejsca. Witamy w Polsce.

Straciłam sporo znajomych, straciłam werwę, na jakiś czas straciłam wolę życia. Nie straciłam za to ani jednego kilograma (to jest skandal!) i ani jednej przyjaciółki.

Zyskałam ogromną wiedzę o sobie i swojej sile. Zyskałam blizny, które przypominają mi, że wygrałam trudną walkę. Zyskałam nowych znajomych. Zyskałam odwagę, by zmienić plany zawodowe. Zyskałam umiejętność mówienia „nie”. Zyskałam świadomość, że można otaczać się wspaniałymi ludźmi, ale nic się nie stanie, gdy nasze drogi się rozejdą.

Zyskałam nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.

A z czasem zyskałam także miłość.

9.

Jest nas cała armia. Milczących, bo choroba psychiczna nadal jest postrzegana jako powód do wstydu. Cierpiących, bo ciężko przyjąć do wiadomości, że można poprosić o pomoc. Jesteśmy młodzi i starzy, jesteśmy kobietami, mężczyznami, młodzieżą, a nawet dziećmi. Depresja ma jedno imię i wiele twarzy.

Między innymi moją.

To jest skrót mojej historii, to moje świadectwo, mój manifest. Moja prośba o przełamanie tabu. Nie jestem ani szalona ani egzaltowana, po prostu padło na mnie.

Jako dobra uczennica zapamiętałam słowa pewnego polityka, który mówił, żeby nie zatrzymywać się, gdy idzie się przez piekło.

Idę dalej.

Jeśli aż za dobrze wiesz, o czym mówię, chodź ze mną.

10.

Walka trwa.

***

No. Tak, że tego. Dla równowagi zostawiam Was z cudownym TEDem obiecanym na początku wpisu:

Opis wystawy:

Wystawa pt. „Manifest. Uprzedź uprzedzenia” stanowi dopełnienie konferencji „Leczenie duszy i ciała. O współwystępowaniu chorób somatycznych i zaburzeń afektywnych” realizowanej w ramach obchodów Światowego Dnia Walki z Depresją. Chcielibyśmy uchylić drzwi do światów osób, które na co dzień zmagają się z doświadczeniami chorób psychicznych. Poprzez język ukazać to co inne i obce, niezrozumiane i nienazwane, to co „pomiędzy” i to co „na zewnątrz”. Choroby psychicznie nie są abstrakcyjnym konstruktem oderwanym od ludzkich przeżyć, ale są ludzkimi przeżyciami samymi w sobie. Dziś oddajemy głos osobom, które się z nimi mierzą, by włączyć ich w społeczną narrację.

Uniwersytet Otwarty

I na sam koniec:

Chcę z całego serca podziękować organizatorom i organizatorkom wystawy, którzy zaprosili mnie do współpracy. Dziękuję Ewie, Marcie, Ani, Malwinie i oczywiście Michałowi za bezcenne opinie dotyczące mojego tekstu. Dziękuję wszystkim osobom, które choć raz słuchały (i słyszały) moich problemów i nie kazały brać się w garść.

Bez Was nic.

Ada

Paragon (z serdecznymi pozdrowieniami dla Ministerstwa Zdrowia):

ok. 500zł miesięcznie (terapia + leki)

Bo w książkach jest (również) seks!

Zbliża się drugie najdurniejsze „święto” w całym kalendarzu (pierwsze to Sylwester, o którym nie mam do powiedzenia ani jednego dobrego słowa), ale skoro wszędzie i tak pompowany jest temat miłości i zakochania, a miasto oblepione jest czerwonymi i różowymi karteczkami (estetyczny dramat), warto porozmawiać o tym, co na ten temat mówi literatura. Może zostawmy ckliwe historie i miłosne dramaty, a zajmijmy się czymś nieco pikantniejszym. Zacznijmy od przypomnienia: ludziom zdarza się uprawiać seks. Wiem, że to szokujące, ale postarajmy się jakoś z tym żyć. Damy radę? Wspaniale. W takim razie zapraszam do najbardziej seksownego przeglądu w (krótkiej) historii bloga!

  1. Michalina Wisłocka, Sztuka kochania, Wyd. Agora

Na początek lekki kaliber, taka gra wstępna przed tym, co zobaczycie w kolejnych punktach. Podręcznik napisany przez pierwszą polską „panią od seksu” jest dziś już dość zdezaktualizowany, ale pozostaje na półce klasyków. To takie seksualne ABC – coś o higienie, coś o metodach zapobiegania ciąży, coś o zmysłach, dojrzewaniu czy orgazmie. Wznowienie zostało wzbogacone o specjalny rozdział o antykoncepcji w cyklu życia kobiety, ale co istotne – chodzi tu o cykl życia kobiety współczesnej. Dla medycyny czterdzieści lat dzielące nas od pierwszego wydania Sztuki kochania to cała epoka (jak słusznie zaznaczono we wstępie), dlatego nie dziwi fakt, że dane na ten temat wymagały uzupełniania. I bardzo dobrze! Sama książka jest trochę powtórką z lekcji biologii, trochę wołaniem o zadbanie, by w naszym życiu erotycznym nie brakowało zmysłowości, emocji czy – tak, tak – odpowiedzialności. W czasie lektury bardzo wyraźnie czułam różnicę pokoleniową – rozdziały„Nie należy zaczynać zbyt wcześnie” czy „…A potem żyli długo i szczęśliwie” to w epoce Tindera naprawdę niezbyt nośne hasła. Słusznie czy niesłusznie – to zupełnie inna kwestia. Na pewno warto wyrobić sobie swoje zdanie, a z porad korzystać wedle własnych potrzeb i chęci. Jak to zwykle z seksem bywa.

 

sztuka empik
Źródło: empik.com

2. Emily Witt, Seks przyszłości. Nowa wolna miłość, Wyd. Krytyki Politycznej

Cieszyłam się na tę książkę, byłam jej naprawdę ciekawa i… nie powiem, żebym była zachwycona tym, co przeczytałam. Nie chodzi o to, że przeraża mnie wizja seksu przyszłości, bardziej zasmucił mnie fakt, że z tej książki w zasadzie nic nie wynika. Są bardziej lub mniej interesujące fragmenty o poliamorii czy randkowaniu w sieci, ale przysięgam, że lepiej bawiłam się rozmawiając z koleżankami o ich doświadczeniach z Tinderem. Autorka stawia kilka ciekawych tez, dzięki niej dowiedziałam się o tym, jak wyglądają zajęcia z medytacji orgazmicznej (totalnie mogłabym żyć bez tej wiedzy, choć z natury lubię wiedzieć), ale sama książka nie należy do tych, które zapadłyby mi w pamięci. Nie chcę być jednak okrutna w tej recenzji, więc dodam, że znam kilka osób, którym ta lektura otworzyła oczy na kilka kwestii i ze szczerego serca polecają ją innym.

seks-przyszlosci-emily-wit.jpg
Źródło: krytykapolityczna.pl

3.  William Brame, Gloria Brame, Jon Jacobs, Inna rozkosz. Świat dominacji i uległości seksualnej, Wyd. Czarna Owca

Jeśli szukacie książki, która bez oceniania wprowadzi Was w świat BDSM, to ogłaszam koniec poszukiwań. Sama to znalezisko zawdzięczam koleżance z mojego klubu książkowego (Angie, jesteś najlepsza!) i powiem tak – nawet jeśli uważacie, że to nie Wasza bajka, naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę. Choćby po to, by zrozumieć, jak takie relacje wyglądają od środka – dość mocno utarł się pogląd, że BDSM to przemoc, krzywda, zniewolenie i ból. Z tego opracowania dowiadujemy się jednak, że cały ten styl (można tak powiedzieć?) opiera się na zaufaniu i świadomości granic. Bez względu na to, co kto lubi robić w łóżku, jest to jego świadomy i wolny wybór, a osobom z zewnątrz absolutnie nic do tego tak długo, jak długo nikomu nie dzieje się krzywda. Przyznaję, że dwa rozdziały odpuściłam, bo nawet czytanie o niektórych fetyszach było dla mnie zbyt zwariowane (widzicie? Trzymamy się swoich granic!), ale… o rany, jaka to jest ciekawa książka! Doskonały prezent na Walentynki, jeśli już naprawdę macie potrzebę obdarowywania się z okazji Światowego Dnia Kupowania Czekoladek w Czerwonych Kartonikach.

inna rokzosz.jpg
Źródło: czarnaowca.pl

Dużo miłości!

Ada

Paragon:

  1. Sztuka kochania – 0zł, prezent
  2. Seks przyszłości – 17,45zł, zniżka Klubu Krytyki Politycznej
  3. Inna rozkosz – 0zł, książka pożyczona od koleżanki

SUMA: 17,45zł (nowy rekord?)

PS Od jakiegoś czasu w Trójmieście odbywają się spotkania #sexedGdynia (klik) – sama jeszcze ani razu nie trafiłam na żadne z nich, ale słyszałam same rewelacyjne opinie, więc jeśli macie potrzebę poszerzenia wiedzy albo podzielenia się swoimi spostrzeżeniami – koniecznie wpadajcie!

Aktualizacja: obecnie odbywają się również spotkania #SexEdGdańsk – w każdy poniedziałek spotykamy się o godzinie 18.00 w Klubie Ziemia, by porozmawiać o tym, co dobre i ciekawe, a czego lepiej w seksie unikać 😉 Przybywajcie dumnie i tłumnie!

Droga Babciu, Drogi Dziadku…

To naprawdę nie są żarty, gdy w domu, w którym książki stanowią realne zagrożenie dla mebli (z powodu nadmiernego przeciążenia), nie można odnaleźć historii o dziadkach. Miałam taki wspaniały plan, by z okazji Dnia Babci (dzisiaj) i Dnia Dziadka (jutro) dodać specjalny wpis o książkowych seniorach i seniorkach. Z babciami problemu nie było, ale jeśli chodzi o dziadków, to powiem Wam tak – szału nie ma. Całe szczęście, że z natury jestem uparta, więc dokopałam się w końcu do właściwego tytułu i nie bacząc na przeciwności losu, plan zrealizowałam i przygotowałam dla Was nową listę!

  1. Kornel Makuszyński, Awantura o Basię, Oficyna Wydawnicza G&P

    Choć to nie babcia Tańska gra główne skrzypce w tej historii, jest jedną z najbardziej charakterystycznych seniorek w polskiej literaturze młodzieżowej. Trudna, złośliwa i kochana, pod pancerzem skostniałego wychowania kryje złote serce, które w każdej chwili gotowa jest oddać Basi. Najlepszym dowodem na to jest fragment, w którym postanawia pojechać z młodą Bzowską do Paryża, by tam rozpocząć akcję poszukiwawczą jej ojca:
    „- Więc kto ma jechać? – zapytał drwiąco pan Olszowski.

    – Ja! – zagrzmiała triumfalnie babcia. – Nikt, tylko ja! Tylko ja nie dam zginąć dziewczynie.

    (…)

    – Ależ babcia ma osiemdziesiąt lat! – śmiał się pan Olszowski.

    – Tylko człowiek źle wychowany liczy lata kobiecie. Przede wszystkim nie mam osiemdziesięciu lat, bo mi brakuje siedmiu dni, a następnie pozwolę sobie powiedzieć, że nie wiadomo jeszcze, kto ma bardziej zgarbione plecy, czy ja, czy taki, co krzywo siedzi przy biurku. Domyślasz się, chyba, o kim mówię?”*

Nie wiem, jak Wy, ale ja aż się wyprostowałam. I znowu mam ochotę obejrzeć ekranizację z panią Marią Kaniewską w roli babci cioci Stasi (a z wyboru również babci Basi Bzowskiej). I oczywiście znowu przeczytać książkę! Aha, jeśli ktoś ma zamiar zrobić z tą książką to, co ostatnio zrobiono z serialem „Przyjaciele”, to błagam, nie nazywajmy się później kolegami i koleżankami.

DSC_1407.JPG
Kolejna książka „nie wiem, skąd ją mamy” – to moja ulubiona kategoria przy przygotowywaniu cennika na koniec wpisu, uwierzcie mi.

*Cytat za: K. Makuszyński, Awantura o Basię, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań, s. 122-124

2. Rene Goscinny, Jean-Jaques Sempe, Nowe przygody Mikołajka, Wyd. Znak

Kolejna książka, w której babcia pojawia się z rzadka i głównie w arcystereotypowej roli starszej pani, która piecze ciasta i daje wnukowi prezenty, ale nic nie poradzę na to, że kocham Mikołajka i spółkę. Pozwolę sobie również Bunię przedstawić cytatem:

„Bunia jest strasznie miła, daje mi mnóstwo prezentów, śmieje się, jak coś powiem i mówi, że bardzo przypominam jej moją mamę, kiedy była w moim wieku.”*

Oczywiście – bo nie zapominajmy, że jesteśmy w krainie stereotypem płynącej – zaraz pod tymi słowami pojawia się irytacja taty Mikołajka, który naturalnie teściowej nie cierpi i najchętniej odwiedzałby ją średnio nigdy na rok. Przyznaję, że fragmenty, w których pojawia się Bunia, napawają mnie sporym smutkiem (zwłaszcza w zestawieniu z psotami chłopców albo naprawdę pociesznymi rozmowami rodziców), ale cóż, świat nie jest idealny. A wiecie, co jest idealne? Historia o hydrauliku. I piłce. I zegarku (prezencie od Buni). I nawet o wyjeździe do Buni na Wielkanoc (a co!). Jakoś damy radę z tym paździerzowym dowcipem o teściowej i nie będziemy sobie psuli i psuły czytania przygód Mikołajka. Chyba, że ktoś naprawdę lubi się obrażać, to droga wolna, ale nie polecam. Choć może rzeczywiście łatwiej wybaczyć mi taki stan rzeczy, bo moja Babcia słynie ze swojego biszkoptu i przy każdej okazji obdarowuje ludzi skarpetkami zrobionymi na drutach.

DSC_1403.JPG
Połowa mikołajkowego dorobku w moim domu, druga połowa wpadła kiedyś w ręce mojego brata, który był wówczas niemowlakiem i od tamtej pory książki nie nadają się do pokazywania 🙂

*Cytat za: Sempe, Goscinny, Nowe przygody Mikołajka, t. II, Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 126

3. Małgorzata Musierowicz, Sprężyna, Wyd. Akapit-press

Na Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz powieszono już wszelkie psy, a mimo to fandom nie maleje. Kto nie rozumie żartów o pisankach w bakterie i Hitlera (nośny temat w ostatnich dniach), ten gapa, a kto nie wie, że Ignacy Borejko zabawnym dziadkiem był, ten zaraz się dowie. Ignacy to taki przykład introwertyka, który bardzo kochał swoją żonę i córki, z czasem pokochał też swoich zięciów (poza Pyziakiem, ale nikt nie kocha Pyziaka i nawet nie jest mi z tego powodu przykro), wnuki i wnuczki, ale całym jego wkładem w organizację życia rodzinnego było rzucenie raz na jakiś czas łacińską paremią albo mitem. W książce uroczy, w życiu do natychmiastowej reformy. Nie zmienia to jednak faktu, że dziadek, który otwiera dzieciom oczy na cudowny świat literatury, filozofii i historii, to skarb. To on inspiruje małą Łucję do zostania spiritus movens, czyli sprężyną wydarzeń. To on w chwilach kryzysu zachowuje stoicyzm bardzo potrzebny Gabrieli (choć rozsierdzający Idę). Im bardziej wgłębiamy się w cykl, tym więcej praktycznych, a wręcz bohaterskich cech odnajdujemy w Ignacym. Ponownie wybaczam bohaterowi wszelkie przywary, bo mój dziadek też ze spadochronem nie skakał (chyba), a za rachunki i zakupy zawsze odpowiadała babcia, ale stateczne opoki też są w życiu potrzebne. Im więcej zawirowań, tym bardziej.

jezycjada-tom-18-sprezyna-b-iext35230205
Źródło grafiki: empik.com

Zostawiam Was z wpisem jako ESD (Eksperymentalnym Sygnałem Dobra), który sama odebrałam odwiedzając  Bunię i Ignacego. Wróć. Babcię Zosię i dziadka Albina.

Samych wspaniałości!

Ada

PARAGON

Paragon w tym tygodniu jest wyjątkowy, bo wszystkie książki mają już kilka lat, dwie kupiłam sama, jedną kupiła mi jeszcze moja mama, stąd ceny podawane są w zaokrągleniu.

  1. Awantura o Basię – ok. 10zł, kupiona najprawdopodobniej dziesięć lat temu w Domu Książki (Gdańsk-Wrzeszcz)
  2. Nowe przygody Mikołajka – 38zł (pełne kwoty na okładce, łza się w oku kręci)
  3. Sprężyna – 29,49zł (dostępna w Empiku)

SUMA: 77,49zł, ale rękę daję, że Mikołajka i Basię dostaniecie taniej, bo nie są to już książki pierwszej młodości 🙂

Droga do strajkowania

Dzisiaj wyjątkowo wpisu nie będzie, bo zamiast przygotować post, pisałam informację prasową w sprawie Czarnej Środy – Strajku Kobiet. Obiecuję, że jeszcze to sobie odbijemy,  tymczasem – widzimy się w środę w Gdańsku na Podwalu Grodzkim o 18.00.

#CzarnyProtest

#NieSkładamyParasolek

#SolidarnośćNasząSiłą

strajk
Grafika pochodzi z oficjalnej strony OSK http://www.strajkkobiet.eu

 

Cała Polska czyta poezję – Halina Poświatowska

Z poezją tak to już jest, że czytanie jej jest pewnym literackim tabu. Kojarzy się albo z wieczornymi odczytami haiku o plastrze polędwicy, który kochał Izoldę (tu można wpisać coś równie absurdalnego) albo z egzaltowanymi, aspirującymi pisarzami, których twórczość opiewa na trzy poematy o byłej dziewczynie. Ewentualnie przypomina o dramatycznych (o ironio!) lekcjach języka polskiego, na których dla bezpieczeństwa i świętego spokoju należało przytaknąć, że Słowacki wielkim poetą był. Był, ale o nie to mi teraz chodzi. Chodzi o to, że poezja nie jest strasznym tworem, którego należy unikać, bo to nudy i śmiech na sali. Piękna poezja ma się do dobrej prozy tak jak Fryderyk Chopin do Arethy Franklin – nie ma co porównywać ich środków wyrazu, po prostu trzeba włączyć wrażliwość i pozwolić jej działać.

Problem z tym rodzajem literackim jest taki, że klucz, pod który należy układać naszą interpretację tekstu (!) w szkołach, nie uwzględnia tego, że każda osoba ma inną wrażliwość, doświadczenia, czy zasoby. Czasu na omówienie danych wierszy również jest jak na lekarstwo, stąd nawet najlepsze nauczycielki (czy nauczyciele) po prostu nie podejmują się kopania się z koniem i przedstawiają skróconą wersję tego, jak na maturze czy innym egzaminie powinno wyglądać omówienie utworu. Inna sprawa, że znam byłe studentki i obecną wykładowczynię na filologii polskiej, które wprost mówią o tym, że specjalizację nauczycielską kończą również osoby, które same nie potrafią przeprowadzić dobrej analizy i interpretacji tekstu, ale to już inna historia.

Poezja to nie krzyżówka czy równanie – możliwe jest więcej niż jedno dobre rozumienie danego utworu. Tam, gdzie ja mogę zobaczyć historię tragicznej miłości i pomyśleć o doświadczeniach autorki, która przelała je na podmiot liryczny, tam ktoś inny może zobaczyć opowieść o trudach odnalezienia się we współczesnym świecie. Czy ktoś z nas się myli? Być może. Pomyłki są ludzkie. Jednak to, co wyniesiemy dla siebie samych, dla naszego współodczuwania i nawet pewnego obycia w literaturze, nie może być rozpatrywane w kategoriach błędu. Skoro poezja jest grą na emocjach, a nie ma złych emocji (mogą być ewentualnie trudne), to sami i same rozumiecie, że nasze odczucia wobec wiersza nigdy nie będą niepoprawne. Nie ma się więc czego bać, nie skompromitujemy się mówiąc o swoich odczuciach wobec danego utworu! Choć żeby się wypowiedzieć, najpierw wypada coś przeczytać – do dzieła!

DSC_1373.JPG
Ostrożnie! Czytanie poezji grozi zupełnie nowym poziomem przeżywania uczuć wszelakich! Zdjęcie zrobione na ul. Łąkowej w Gdańsku, drogowskaz kierował nas na plac budowy, więc avanti.

Obiecałam w ostatnim wpisie, że zacznę nowy cykl na blogu i poświęcimy trochę czasu liryce i dramatom. Z natury jestem słowna, a więc c’est voila! Pierwsza notatka z serii #CałaPolskaCzytaPoezję (poziom „lewactwa” skrótu #CPCP nie przestaje mnie bawić) przed Wami!

***
Jestem Julią

mam lat 23

dotknęłam kiedyś miłości

miała smak gorzki

jak filiżanka ciemnej kawy

wzmogła

rytm serca

rozdrażniła

mój żywy organizm

rozkołysała zmysły

odeszła

Jestem Julią

na wysokim balkonie

zawisła

krzyczę wróć

wołam wróć

plamię

pogryzione wargi

barwą krwi

nie wróciła

Jestem Julią

mam lat tysiąc

żyję –

Źródło: Halina Poświatowska, Jestem Julią, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, s. 75-76

DSC_1368.JPG

 

Ten jeden jedyny raz nie napiszę nic o tym, jak ja rozumiem tekst, który przywołuję na blogu. Pozwolę sobie tylko zaznaczyć, że bliska jest mi twórczość Haliny Poświatowskiej. Całą resztę zostawiam Wam do interpretacji własnej. Nie jesteśmy w szkole, nie mamy klucza, każda odpowiedź jest prawidłowa, a każde skojarzenie cenne. Brzmi dobrze?

Do niedzieli!

Ada

Świat wokół nas, czyli o reportażach

Nowy rok, pod ręką głównie non-fiction , więc wszystko zostało po staremu. I bardzo dobrze! Kilka razy wspominałam już na blogu, że jestem wielką fanką wydawnictwa Czarne, choć – nie ujmując nic a nic perełkom z Wołowca – po prostu uwielbiam reportaże. Życie w Abchazji, historie dotyczące muru berlińskiego czy wspomnienia ofiar zbrodniarzy to coś, czym karmię umysł i wrażliwość. Być może brzmi to dość krwawo i nieprzyjemnie, ale cóż, historia jest najlepszą nauczycielką życia, dlaczego miałabym jej nie słuchać? Na potrzeby tego wpisu wybrałam opracowania, które naprawdę mocno wryły się w moją głowę – wszystkie trzy polecam na prawo i lewo, mój egzemplarz Zakonnic… pojawił się w jakiejś absurdalnej ilości domów, nieformalnie podnosząc zasięg odbiorców i odbiorczyń, choć i wyniki sprzedażowe prezentują się tak, że czapki z głów. Tak to działa, Biblioteko Narodowa, nie wmówisz mi, że nie czytamy! Choć oczywiście moglibyśmy więcej. Na dobry początek polecam te trzy książki:

  1. Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość, Wyd. Czarne (oczywiście)

    Ależ byłam wściekła czytając tę książkę. Po pierwsze – nie lubię czegoś nie rozumieć, a tutaj mój stan „ale dlaczeeeego oni to robią” trwał od pierwszej do ostatniej strony, po drugie – jak można nie odnotować sobie w mózgu, że nienawiść jest zła, wreszcie po trzecie – jak można w takie przepełnione pogardą i nieuctwem działania wciągać dzieci? Ta wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Choć Autorce kłaniam się w pas, bo prawdopodobnie zawdzięczam jej moje 50% wiedzy o historii KKK i pewnie z 95% o ich obecnym kształcie. Sam pomysł na reportaż był naprawdę odważny, jego realizacja potrzebna, a efekt imponujący. Doskonale napisany materiał (mimo przerw, które musiałam sobie robić, żeby odpocząć od oceanu zła, jaki tam znalazłam, przeczytałam go w jeden weekend), bardzo rzetelny i po prostu ciekawy. Znajdziemy tam opisy linczów, jakich dopuszczali się członkowie KKK, jak również relacje z ich pikników, programów dla dzieci (to jest mój hit, nieodwracalnie utraciłam kilka neuronów w obszarze odpowiedzialnym za okrzyk „no to są chyba żarty!”) czy po prostu wyjaśnienie, dlaczego z definicji rasistowski ruch nadal ma się całkiem nieźle, a ich filozofia wciąż ma swoich zwolenników i zwolenniczki. Być może dzieje się tak dlatego, że w niektórych głowach nadal istnieją marzenia o wysłaniu rodzicom kartki „Kochana Mamo, a tu ja z kolegami po cudownym linczu na sąsiedzie, ucałuj ciotkę Susan.”, a być może jest to coś, czego mój umysł nigdy nie zrozumie i kiedyś się z tym pogodzę. Na razie nie zamierzam się jednak poddawać, a Was już teraz odsyłam do lektury.

    kkk.jpg

  2. Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Wyd. Krytyki Politycznej

    Książka, która narobiła zamieszania, więc w moim rankingu od razu znalazła się bardzo wysoko. Sama sięgnęłam po nią co prawda na chwilę przed główną eksplozją i tymi wszystkimi pomyjami, jakie wylały na Autorkę media prawicowe, ale i tak były emocje! Przede wszystkim dlatego, że to po prostu kawał świetnego reportażu. Marta Abramowicz odważyła się dotknąć tematu, który tak naprawdę nie istniał w debacie publicznej – umówmy się, wiele osób zna byłego księdza, ale byłą zakonnicę? Podobno co piąta osoba spotkała kobietę, która z różnych względów zrzuciła habit, ale czy kiedykolwiek ktoś o niej rozmawiał? No właśnie. Sporo słów na temat tej książki napisałam już w tekście do jednego z magazynów (jesteśmy w kontakcie!), ale przyznaję, że ciągle nie mam dość rozmów o Zakonnicach… – jak to w ogóle możliwe, że w polskich zakonach żyje się zupełnie inaczej niż choćby we francuskich? Co czuje głęboko wierząca kobieta, która decyduje się – lub zostaje zmuszona – do opuszczeni zgromadzenia? I jak wygląda życie zakonnicy, czy to naprawdę słodkie życie pani z gitarą, która przy dźwiękach wesołej piosenki o pastuszkach uczy dzieci o boskiej miłości? Jaka jest różnica w poziomie życia w męskim i żeńskim zakonie? Wreszcie – czy polskie zakonnice również mają prawo upominać się o swoją godność, o której tak głośno mówią hierarchowie? Smutna i do bólu prawdziwa książka. Szczególnie polecam drugie wydanie (specjalne) z dodatkowym rozdziałem „Echa” opisującym to, co wydarzyło się po publikacji. Brawa za odwagę!

    abram

  3. Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Wyd. Świat Książki

Bodaj najbardziej nagrodzona książka w tym bardzo silnym zestawieniu. Nie odchodzimy za bardzo od tematyki zakonnej, bo mowa przecież o publikacji Autorki „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, wchodzimy jednak również na zupełnie nowe przestrzenie – rozmowa z ukochaną Mariusza Trynkiewicza czy materiał o Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Starogardzie Gdańskim po prostu przerażają. Do tego sprawy korupcyjne, zabójstwa, dramatyczne działania Policji… to wszystko składa się na obraz polskiej nędzy i rozpaczy. Mocny materiał, dobre pióro i wielka dociekliwość, czyli pakiet „jak napisać świetny reportaż”. Bardzo się cieszę, że ta publikacja została tak szeroko doceniona. Chciałabym wskazać Wam tekst, który najbardziej utkwił mi w pamięci, ale nie ma sensu wybierać. Trzeba przeczytać całość. Koniecznie. Jak najszybciej.

poo

Paragon:

  1. Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość – 39,90zł (prosto ze sklepu internetowego Wydawnictwa)
  2. Zakonnice odchodzą po cichu – 17,45zł (zniżka pracownicza)
  3. Polska odwraca oczy – 0zł (książka wypożyczona z WBPG, ul. Azaliowa)

    SUMA: 57,35zł

A na koniec fanfary i zapowiedź (miejsce na oklaski)!

Jakiś czas temu uznałam, że o ile kolejki w bibliotekach i księgarniach sprawiają, że umiarkowanie wierzę w wyniki badań dotyczących czytelnictwa w Polsce, o tyle nie mam wątpliwości, że liryka i dramat leżą u nas i kwiczą. A to bardzo poważny błąd, który już biegnę naprawiać! Postanowiłam, że w tym roku zamieszczę na blogu pięćdziesiąt różnych wpisów o tekstach niezwiązanych z epiką, więc zapnijcie pasy, zaczynamy w przyszłym tygodniu!

Miłego popołudnia!

Ada

PS Wszystkie zdjęcia okładek pochodzą ze stron wydawnictw, ciemność panująca w Gdańsku od jakiegoś czasu zupełnie uniemożliwia mi zrobienie względnie sensownych ujęć. Zamawiam przynajmniej dziesięć godzin słońca na przyszły tydzień!